Lutowa pielęgnacja włosów

Mycie
Eco Laboratorie, szampon regenerujący
Odżywka Ziaja Kozie mleko – mycie odżywką
rozcieńczona maska Kallos Cherry – do zmywania oleju

Odżywki do spłukiwania i maski (typ według działania)
Maska Biovax do włosów ciemnych (humektantowo-emolientowa)
Odżywka Ziaja Kozie mleko (emolientowa, delikatnie proteinowa)

Olejowanie
Olej kokosowy VitaD’or (Lidl)
ZSK naturalny olej makadamia
ZSK rafinowany olej z męczennicy (marakui)

Zabezpieczanie i pielęgnacja końcówek
Serum Gliss Kur Ultimate Color
+ 2 krople oleju

Półprodukty, płukanki, dodatki do masek i odżywek
Gliceryna (1:1 z wodą nakładana pod olej) – nawilżanie

Przyspieszanie porostu + suplementy
Vianek, normalizujący tonik-wcierka do skóry głowy (3. miesiąc 2. serii)
+ tran, witamina D3

Skóra głowy
Emolium, Emulsja na suchą skórę głowy (raz na dwa tygodnie)
Cerkogel 30 (raz w tygodniu, czasem z dodatkiem 3 kropel olejku z drzewa herbacianego)

Nowości
1. Rafinowany olej z męczennicy (marakui): nie chciałam używać żadnych nowości przez najbliższy czas i marakuja jest nieplanowanym przypadkiem ;) Używam tego oleju do twarzy jako odmiany dla oleju z pestek śliwki. Marakuja na ZSK dostępna jest w buteleczkach 30 ml lub większych, nie ma wersji 15 ml, więc nie daję rady zużyć jej przed upłynięciem daty ważności. Ze względu na to, że ten olej ma sporo kwasów wielonienasyconych, chciałam go wypróbować na włosach skoro już miałam go w domu. Upływająca data ważności zmusiła mnie do zrobienia tego w lutym ;) Marakuja jest dość gęsta i ciężkawa, czego zupełnie nie czułam używając jej na twarz. Zdecydowanie nie jest to lekki, śliski olej. Efekty daje świetne, włosy są dociążone i bardzo sprężyste. Pomimo konsystencji, nie miałam żadnych problemów ze zmywaniem. Od teraz 30 ml oleju to nie jest za duża buteleczka – część zużyję na włosy, mogę nawet spokojnie kupować 60 ml ;)

Notatki
1. Mycie odżywką: co jakiś czas nachodzi mnie ochota na eksperymentalne umycie włosów odżywką. Jeśli nie umknął mi żaden wpis przy wyszukiwaniu, ostatni raz ta ochota naszła mnie w listopadzie 2015 ;) Wtedy efekt był taki, że włosy u nasady były niedomyte (co kiedyś zupełnie nie było problemem), podobnie jak skóra, ale za to nie pojawiło się swędzenie (które kiedyś po takim myciu było normą), nie wypadło mi też więcej włosów niż przy myciu szamponem (a kiedyś przy myciu odżywką wypadała ich masa). A więc trochę zmian na lepsze, trochę zmian na gorsze. Tym razem użyłam odżywki Ziaja Kozie Mleko. Nałożyłam ją na skórę, rozprowadziłam, polałam głowę odrobiną ciepłej wody żeby trochę rozrzedzić i spienić odżywkę. Dałam jej kilka chwil na zadziałanie a w tym czasie nałożyłam kolejne porcje na długość. Pomasowałam jeszcze skórę, spłukałam całość. Włosy schły mi całe wieki, co najmniej pięć godzin ;) Ale były domyte, tak jak skóra głowy. Długość zadowolona, bardzo gładka i mięsista, bez obciążenia, bez puchu. Sama radość! Może będę powtarzała takie mycie częściej… niż raz na półtora roku? ;) Póki co w lutym powtórzyłam je jeszcze dwa razy, z tak samo dobrymi efektami. 

2. Brązowe klamry: od jakiegoś czasu codziennie noszę Flexi8. To świetnie, cieszę się, uwielbiam je nosić, po to je mam, a kiedy przez kilka miesięcy prawie ich nie nosiłam (bo pracując w domu rzadko wychodziłam gdzieś indziej niż na zakupy ;)) zdecydowanie nie było dobrze, było mi żal nie używam spinek, które tak lubię. Ale noszenie ich codziennie ma swoje niedobre strony: po pierwsze noszę je z jednym koczkiem, LWB (mam w planach poćwiczenie innych, naprawdę! :)) więc cały czas wykorzystuję prawie te same pasma włosów i prawie to samo miejsce na głowie, co pomimo, że włosy rosną i te używane do koczka miejsca się przesuwają, może w końcu pewne partie osłabić. Moje włosy nie są ciężkie i koczków – nawet z metalowymi spinkami – nie czuję w sensie wagi, ale jednak są codziennie w tym samym miejscu, co może “zmęczyć” cebulki nawet jeśli nie odczuwam ciągnięcia. Po drugie, i to bezpośrednio skłoniło mnie do działania, w LWB mam codziennie przez jakieś dziewięć godzin końcówki owinięte wokół nasady koczka. Po rozpuszczeniu są zwinięte w dość ciasne loki (przez to że są dość cienkim pasmem i są sztywne skręcają się bardzo łatwo, za kilka podcięć będzie lepiej bo będą bardziej elastyczne i grubsze – pamiętam że po dużym cięciu kiedy były grubym, zdrowym pędzlem po koczkach nie zawijały się wcale) a po rozczesaniu, nawet palcami, te loki zmieniają się w puch. Raz, wygląda to źle. Dwa, takie skręcanie i rozczesywanie osłabia końcówki tak szybko, że aż to po nich widać. Zawijanie ich wokół podstawy lżej trochę pomaga, ale nie do końca, poza tym w pewnym momencie przy luźniejszym owijaniu koczek robi się zbyt luźny i się rozsypuje. Wróciłam więc do pomysłu koczka z dwiema klamrami – przypomniało mi o nim zdjęcie zobaczone niedawno na LHC. Kiedyś krążyłam wokół tego rozwiązania: kupiłam klamry, po długim poszukiwaniu w sieci udało mi się znaleźć proste, czarne, w średnim rozmiarze. Ale jednak efekt był taki, że to upięcie wyglądało tak… roboczo, domowo. To znalezione przypadkiem na LHC zdjęcie podsunęło mi nieco inne rozwiązanie: klamry nie czarne a brązowe i jak najbardziej ażurowe, minimalistyczne – czyli w sumie maksymalnie niewidoczne. Bez większego problemu znalazłam takie na allegro (u sprzedawcy piotr-p236, kolor bursztynowy, rozmiar 7.6x4.5cm). I jest lepiej! Wyglądają dobrze, równie dobrze trzymają włosy. Mogę co kilka dni, nawet co dwa, używać ich do spinania koczka-ślimaka zamiast LWB z Flexi. Końcówki nie są zwinięte i spuszone. Sama radość :)


3. Polewanie głowy wodą podczas mycia: nadal prowadzę poszukiwania dobrej metody mycia głowy w kontekście balansu pomiędzy za słabym a za mocnym myciem. To nie wielkie eksperymenty a raczej drobne kroczki w różne strony. Ostatnio zwróciłam uwagę na prostą rzecz. Czasem kiedy nałożę szampon jest mi trudno go rozprowadzić: w jednym miejscu jest masa gęstej piany a nieco obok nie ma jej wcale i żeby sprawić że jest tam szampon muszę dołożyć kolejną porcję. Rozwiązanie jest dość proste: rozcieranie szamponu w dłoniach zamiast nakładania na włosy porcji wylanej w jedno miejsce na dłoni i polewanie głowy wodą po nałożeniu szamponu. Lekko i krótko, na tyle, żeby nieznacznie rozcieńczyć szampon. Wtedy piana jest lżejsza i łatwiejsza do rozprowadzenia, a szampon nie jest na tyle skoncentrowany żeby wysuszać włosy ale też nie na tyle rozcieńczony żeby ich nie domyć. Ta metoda, w przeciwieństwie do rozcieńczania szamponu wodą w butelce, daje mi możliwość zmiany intensywności mycia za każdym razem. Zależnie od potrzeb mogę dodać do piany sporo wody, albo wcale. To drobiazgi, a zmieniają bardzo wiele. Kiedyś nie miałam takich problemów, teraz mam, bo muszę być włosy mocniej… ale jednak nie za mocno ;) 

Komentarze