Kryzys włosowy i rozwiązania

W listopadzie zaatakował mnie duży kryzys włosowy. Tym gorszy, że podwójny. Chodziło i o końcówki i o całość włosów. Końcówki wyglądały na rzadkie a długość była wyraźnie spuszona. Wszystko to przy najlepszej pielęgnacji jaką obecnie znam – takiej, która jeszcze niedawno sprawdzała się idealnie: włosy były nawilżone, gładkie i śliskie, a końcówki wyglądały dobrze. Poza tym, końcówki pod koniec października podcinałam. Teoretycznie wszystko powinno być dobrze, a dobrze nie było nic. Trudno mi było winić pogodę, bo ta najgorsza nie jest. Jest wilgotno, ale moje zazwyczaj spięte włosy na wilgoć nie reagują jakoś mocno. Nie była to też na pewno wina suchego powietrza w domu, bo nie mam włączonego grzejnika. Naszła mnie myśl, że skoro robię wszystko najlepiej jak się da a nie jest dobrze, to może po prostu nie będzie? Może przy tej długości moje włosy będą wyglądały źle więc muszę je ściąć i nie ma mowy o dalszym zapuszczaniu? Czarna rozpacz. Tak to jest, jak jakiś problem zbiega się w czasie z PMSem ;) (Serio. Wiem, że są kobiety, które są wtedy wściekłe. Ja jestem w rozpaczy. Już chyba wolałabym rzucać talerzami i krzyczeć ;))

Teorie miałam następujące:


Długość: Może moje włosy jako całość od pewnej długości – okolice 100 cm – będą wyglądały źle (spuszenie, widoczna suchość) bo są już po prostu… stare? Ostatecznie dorośnięcie do takiej długości to kwestia kilku lat. Dolne partie mogą być osłabione a więc wyglądać i układać się gorzej, a przez to źle ma się całość.

Końcówki: Może końcówki są znów rzadkie bo genetycznie większość włosów rośnie mi tylko mniej więcej za talię a większą długość osiąga tylko część i to tworzy efekt przerzedzenia? Albo może rok bez podcięcia to był błąd i końce się jednak zniszczyły? Tę druga opcję szybko odrzuciłam, bo naprawdę uważnie obserwowałam włosy, kilka razy w ciągu tego roku byłam gotowa do cięcia i gdyby była taka potrzeba, zrobiłabym to szybciej. Nie przeciągałam podcinania na siłę. Końce po prostu były tak długo w dobrym stanie. W momencie podcinania ostatnie kilka centymetrów potrzebowało odświeżenia więc całą tę partię ścięłam, po czym końcówki znów miały się całkowicie dobrze. Zniszczenie w tak krótkim czasie, od końca października, nie wchodziło w grę. Ale hipoteza z maksymalną genetyczną długością kończącą się w okolicach talii nadal była możliwa.


Rozważałam też znów serum, nauczona tym, że raz przez nieodpowiedni olejek do końcówek pozbyłam się kilku centymetrów. Po podcięciu okazało się, że to było po prostu spuszenie i nie trzeba było sięgać po maszynkę. Używam obecnie Satynowego serum wygładzającego: kuracja olejkami arganowym i tsubaki Ziai, które jest dla mnie dość nowe – to dopiero drugi miesiąc. Przyjrzałam się dokładnie temu, jak wpływa na końcówki. To nie ono powoduje problem.

Końcówki wyglądały tak, jak na zdjęciu poniżej. Zrobiłam je w lustrze i w sztucznym świetle, ale dość dobrze pokazuje to, o co chodzi. Końce zdają się być przezroczyste, z lewej strony jakby w ogóle ich nie było.


Zastanawiałam się co z tym wszystkim zrobić, jakakolwiek by nie była przyczyna. Potencjalne rozwiązania były takie:

Mogłam ściąć włosy do długości ponad linię przerzedzeń (to byłyby okolice talii) i pogodzić się z tym, że wymarzonych długich włosów nie będę miała. (Tylko że przy tej opcji najprawdopodobniej musiałabym też rozstać się z większością moich ozdób, bo włosy byłyby zdecydowanie za krótkie a koczki za małe żeby ich używać.)

Gdyby w jakiś sposób okazało się, że przerzedzenia są moją winą bo za długo czekałam ze ścięciem i końce zdążyły się zniszczyć a zniszczenia poszły w górę, mogłam ściąć włosy jeszcze raz do okolic talii tak jak zrobiłam to wiosną 2015 i zapuszczać od tego miejsca ponownie. Ale ta opcja wydawała się nieprawdopodobna. Wiedziałam, że podcięcia nie odsuwałam w czasie, to raz, a po drugie jak taka partia włosów (to jest naprawdę sporo centymetrów) mogłaby się tak mocno i tak szybko zniszczyć przy pielęgnacji i zabezpieczaniu? Zwłaszcza, że po ścięciu pod koniec października było świetnie?

Po trzecie mogłam dalej zapuszczać włosy i zobaczyć jak będzie wyglądała całość kiedy urośnie o około 12 centymetrów. (Tyle brakuje mi do celu.)

Rozwiązanie: długość

W kwestii długości, najpierw pomyślałam, że może włosom czegoś brakuje, choćby emolientów i fizycznego dociążenia, nakładałam więc kilka kropli oleju jojoba na mokre włosy jako odżywkę bez spłukiwania. Efekt? Widocznie większy puch. I to była dobra wskazówka. Przypomniała mi wyraźnie, że moje suche i wysokoporowate włosy nie znoszą nadmiaru w pielęgnacji i reagują na niego paradoksalnie suszą, matowością i spuszeniem. Potraktowałam więc cały ten problem jako oznakę nadmiaru a nie niedomiaru w pielęgnacji. Rozwiązanie było dość oczywiste: oczyszczanie. Ostatni raz oczyszczałam długość w lipcu. Pewnie w innej sytuacji wpadłabym na to wcześniej. Ale teraz połączenie spuszenia długości i problemu z końcówkami złożyło mi się w wizję pod tytułem “Wszystko jest żle, nie może być dobrze, muszę ściąć włosy bo najwyraźniej nie mogą być długie.” Pozwoliłam pianie z odżywczego szamponu Eco Laboratories spłynąć do końcówek, lekko ją wgniotłam i spłukałam. (To moje typowe łagodne oczyszczanie włosów.) Pomogło od razu. Włosy zrobiły się bardziej śliskie i gładkie.

Poza oczyszczaniem, zaczęłam krócej trzymać olej (godzina przed myciem), krócej wmasowywać maskę (połowa mojego typowego wprasowywania, czyli 25 razy na każdą połowę włosów a nie 50) i krócej trzymać ją na włosach (zamiast 15 minut, spłukuję ją od razu po wprasowaniu). I to też pomogło. Najwyraźniej moje włosy potrzebują teraz jeszcze lżejszej pielęgnacji. To już kolejny krok. Pierwszym było niewiele produktów na raz trzymanych dość krótko i zdecydowanie bez czepka. Teraz doszedł jeszcze krótszy czas ich trzymania.

Pilnuję też, żeby po umyciu włosów trzymać turban z koszulki maksymalnie 10 minut, bo dłuższe odsączanie wody też kończy się tym, że włosy po wyschnięciu są przesuszone i spuszone. 

Wszystko to pomogło. Poniższe zdjęcie zostało zrobione kilka dni później niż to wyżej, już po oczyszczaniu i paru myciach z krótszym trzymaniem produktów. Długość ma się lepiej. Końcówki też, ale o nich niżej.


To zdjęcie z kolei jest po tym samym myciu, co powyższe, tylko dzień później. Zostało zrobione w innym momencie dnia i w innym świetle, więc długość nie wygląda tak samo, ale za to widać, że końcówki z czasem się wygładziły.



Rozwiązanie: końcówki

Kiedy szukałam rozwiązania myślałam o tym problemie jako o przerzedzeniach, które wróciły. Kiedyś były wyraźne i zdecydowanie były to końcówki pamiętające prostownicę, suszarkę i plastikową szczotkę (zdjęcie z kwietnia 2015):


Olśniły mnie Kasia i Dorota które, kiedy o tym rozmawiałyśmy, napisały że mam spuszone końcówki. I to było to, słowo klucz. Zdałam sobie sprawę z tego, że to nie są przerzedzenia tylko spuszenie. Gdybym nie zaczęła od razu się martwić najczarniejszym scenariuszem, pewnie też bym na to wpadła. Mam świetny dowód, zdjęcie wszystkich końcówek zebranych razem po podcięciu z końca października:


Ze spuszeniem i przesuszeniem jakoś sobie poradzę. Jest to problem, ale nie taki jakim byłoby zniszczenie albo powrót przerzedzeń. To pierwsze oznaczałoby, że moje włosy w dolnych partiach są za słabe, żebym mogła je jeszcze zapuścić. To drugie znaczyłoby najprawdopodobniej, że genetycznie moja maksymalna długość włosów sięga okolic talii, a rosnąca dalej część pasm tworzy nieładny efekt. I w takiej sytuacji pewnie nie mogłabym zapuścić dobrze wyglądających włosów o długości klasycznej. A tak o tym marzę! :) Okazało się jednak, że nie jest tak źle. A przez jakiś czas byłam pewna, że jest. Te dwa problemy okazały się być osobnymi sprawami. Z długością już sobie poradziłam, końcówkami jeszcze muszę się zająć. Ale kiedy pojawiły się razem wyglądało to tak, jakby wszystko z moimi włosami było zupełnie nie tak: długość spuszona, końcówki rzadkie. I to bez wyraźnego powodu typu kosmetyk czy pogoda. Wychodziło na to, że to kwestia długości: że to przez długość włosów i ich wiek pojawiają się problemy. Nie jest tak. Zapisałam sobie to wszystko żeby przy następnym takim kryzysie wrócić do tego wpisu i przypomnieć sobie, że warto rozejrzeć się spokojnie za rozwiązaniami zanim uznam, że jest całkowicie źle i czas zmienić myślenie na smutną wersję “jednak nie będę miała wymarzonych włosów.” Teraz przez kilka dni byłam bliska tego nastawienia. Na szczęście wróciłam do spokojnego zapuszczania i pielęgnowania włosów z myślą, że niedługo osiągnę swój cel, to tylko kwestia czasu.

Kiedy o tym pomyślę, co jakiś czas mam takie problemy włosowe, na przykład z końcówkami, które naprawdę potrafią wyglądać tak, jakby ich prawie nie było, kiedy w rzeczywistości jest ich całkiem sporo (co pokazuje pierwsze i ostatnie zdjęcie w tym poście: to w lustrze i to z włosami zebranymi w przodu w kucyk). I zawsze odkrywam przyczynę i znajduję rozwiązanie. Zapisywanie tego wszystkiego bardzo mi pomaga :)

P.S. W lutym znalazłam kolejny przydatny element rozwiązania kryzysu: sposób na męczące spuszenie włosów :)

Komentarze

  1. Przecież włosy do talii to bardzo długie włosy. Nie rozumiem dlaczego zapuszczasz je na siłę skoro ewidentnie lepiej prezentowały by się podcięte np. na prosto powyżej przerzedzonych końców. Naprawdę fryzura wiele by zyskała. Na Twoich starszych zdjęciach prezentują się o wiele lepiej, końce są bardziej gęste i mięsiste.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko że nie dają mi radości. To tak jakby ktoś marzył o czerwonej sukience i powiedziałabyś mu "zielona też jest fajna." Tylko że dla tej osoby nie jest.
      Pomijając już nawet to, że z włosami do talii nie mogłabym się czesać tak jak chcę.

      Usuń
    2. Ja też marzę o dłuższych włosach niż do tali mimo, że z krótszymi byłoby pewnie szybciej i wygodniej. na pewno starając się dłuższe włosy będą wyglądały równie dobrze co krótsze. ;)

      Usuń
    3. Od zawsze wyznawalam zasade "im dłuższe tym lepsze", udało mi się zapuscic zdrowe, piekne włosy do pasa i... scielam 6 cm. Ja, która ubolewalam nad każdym milimetrem przy podcinaniu końcówek! Powiem nawet tak, nie wiem czy nie zetne więcej. Cel osiagnelam i okazało się, że to nie jest to. Długość włosów zaczęła mnie przytlaczac i zasłaniać moją coraz lepszą sylwetkę, którą kształtuje na siłowni. Zaczęłam się zastanawiać, czy długie włosy nie były mi potrzebne właśnie po to, by odciągnąć uwagę od innych niedoskonalosci w moim wyglądzie. Długie owszem, ale i z tym łatwo przegiac. Mozna pracowac nad innymi zmianami w wygladzie, ja tak bardzo skupilam sie na obsesji zapuszczania, ze zapomnialam, ze JA to nie tylko wlosy. Być może i Ty dazysz do wymarzonej długości właśnie paradoksalnie po to, by je ściąć ;) Trzymam kciuki, żebys osiągnęła długość, która da Ci autentyczną satysfakcję i komfort :)) pozdrawiam, Zosia

      Usuń
    4. Na razie tego zdecydowanie nie czuję, ale w przyszłości - kto wie, jest to możliwe. Odruchu zasłaniania się na pewno nie mam, bo mam włosy spięte przez 99% czasu :) Ale możliwe, że, jak z resztą wiele osób zapuszczających włosy, osiągnę wymarzoną długość i odkryję, że coś jest nie tak, że mi się nie podoba, że jest za trudno ogarniać takie włosy, że końcówki nie wyglądają dość dobrze... cokolwiek. I wtedy oczywiście zetnę. Ale na razie tego zupełnie nie czuję :)

      Usuń
  2. Ah, dobrze, że znalazłaś słowo, którego Ci brakowało na określenie tego co się dzieje z końcówkamki. Z PMSem też rozumiem, ja także wzruszam się wtedy wszystkim i przypominam sobie, że życie jest tak mało warte:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odpowiednie słowo wszystko zmienia! :)

      Usuń
  3. Mamy niemal identyczne problemy i strukturę włosów. Według mnie, trzeba pogodzić się z faktem, iż długie,gęste po same końce włosy są dla niektórych nie do osiągnięcia - nieszczęsne geny. Wiem z autopsji. Włosy zebrane do przodu zawsze wydają się gęściejsze (aż szkoda czasem podcinać), ale już rozpuszczone na plecach prezentują się całkiem inaczej. Tylko upięcia ratują sytuację. Mam tak samo i poddałam się. Podcinam regularnie aby powoli schodzić z długości. Jakość i jeszcze raz jakość. Zgadzam się z anonimem wyżej - masz baardzo długie włosy, śmiało podetnij ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja spróbuję zapuścić do wymarzonej długości. Krótsze mnie nie cieszą nawet w części tak samo. Poza tym, fryzury! :)

      Usuń
    2. Grunt to czuć się dobrze w swoich włosach. Czytam wpisy i trzymam za ciebie kciuki!

      Usuń
  4. A wiesz że też swego czasu zastanawiałam się, czy przypadkiem Twoja genetyczna długość to nie jest do ok talii? To było jeszcze przed wielkim cięciem :) Cieszę się jednak, że to nieprawda, i nie mogę doczekać się aż osiągniesz swój cel :D Brzmi dziwnie, ale czytam Twojego bloga od dłuższego czasu i jesteś moją główną inspiracją do zapuszczenia metrowych włosów! Na razie jednak regularnie odnoszę porażkę w systematyczności we wcieraniu wcierek lub zabezpieczeniu końcówek, co jest kluczowe. Na szczęście teraz wręcz obsesyjnie zaczynam dbać o włosy, idę ściąć ostatni raz dużą partię tzn. 5cm i zaczynam wielkie i zdrowe zapuszczanie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak na marginesie, ostatnio stwierdziłam, że olej z baobabu to nowe wielkie odkrycie i wręcz uzdrowienie dla moich suchych i spuszonych końcówek. Warto wypróbować, może pomoże ^^

      Usuń
    2. Idę szukać :) Dziękuję!

      Usuń
  5. Trzymam kciuki żeby udało Ci się zapuścić wymarzoną długość. Najważniejsze, że już wiesz o co chodzi;)z tymi końcówkami :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Cieszę się że się nie poddałaś i ich nie podcięłaś, bo teraz po kryzysie wyglądają super!
    Już niedługo osiągniesz swój cel!
    Też mam taki sam włosowy kryzys.
    Już było dobrze, podcięłam końce, włosy ożyły, wyglądały naprawdę dużo lepiej. Ale z mycia na mycie znowu wróciło to samo co przed podcięciem, a końce czasem są szorstkie mimo podcięcia ;/ Coś robię źle, ale nie mam już pomysłów. Fajnie że znalazłaś rozwiązanie swojego problemu.

    Napisałaś "Pilnuję też, żeby po umyciu włosów trzymać turban z koszulki maksymalnie 10 minut, bo dłuższe odsączanie wody też kończy się tym, że włosy po wyschnięciu są przesuszone i spuszone."
    Strasznie mnie to zaciekawiło, ponieważ odkąd dbam o włosy, zawijam je po myciu właśnie w koszulkę i chodzę tak dość długo. I mam wrażenie właśnie że one po ściągnięciu takiego turbana wydają się tak jakby bardziej szorstkie (jeszcze gdy są wilgotne), niż za czasów przed włosomaniactwem kiedy zawijałam je w zwykły ręcznik. Myślałam że robię dobrze?

    Tak samo z tą pielęgnacją, w życiu bym nie pomyślała, że włosy mogą zareagować puszeniem po bogatej dociążającej pielęgnacji ;/ i jak tu żyć ?
    Już sama nie wiem co moje włosy lubią, a czego nie. Teraz nawet te kilka masek, które do niedawna wydawały się być ok, nie dają już rady.
    Może to głupie pytanie, przepraszam ale chciałabym Cię zapytać, jak dowiedzieć się co jest dobre dla włosów a co nie?
    W takim sensie jak dowiedzieć się czy dana maska, szampon, odżywka lub olej mi służy, skoro nie mam produktu, po którym wiem na pewno że moje włosy go lubią? Nie wiem czy rozumiesz o co mi chodzi..Czy najpierw powinnam np myć włosy samym szamponem albo odżywką i nie nakładać potem nic więcej, szukając tego który będzie się dobrze spisywać? A później jak już znajdę myjadło, to mogę sprawdzać oleje lub maski?
    Zastanawiam się czy nie zacząć "od początku", pomimo że o włosy dbam od 2lat.. Jak Ty zaczynałaś takie "sprawdzanie"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama koszulka jest lepsza niż ręcznik zdecydowanie. Ja z ręcznikiem po tym samym czasie co z koszulką mam szorstkie włosy, jeszcze kiedy są mokre to to czuć. Ale właśnie czas też się liczy. Znam osoby, które chodzą z turbanem godzinę, i wyjmują z niego dość mocno podeschnięte włosy i nic nie jest źle. U mnie jest, po prostu włosy są wtedy przesuszone. Jakby materiał wyciągał za dużo wody i za szybko. Spróbuj krócej może, dokładnie tyle żeby z włosów nie kapało:)

      Też zastanawiałam się jak żyć kiedy odkryłam, że im wiecej tym gorzej, aż robi się dramatycznie źle. Jakiś czas temu zrobiła się popularna złożona pielęgnacja, olej na mgielkę, potem maska, potem odzywka, potem jeszcze coś bez spłukiwania. O losie. Moje wlosy po tym wyglądają jak miotła. A niby są suche i wysokoporowate i teoretycznie powinny potrzebować ciężkiej pielegnacji. jeśli nie potrzebują, to mogłyby teoretycznie być obciążone po niej. A nie spuszone ;) Cudem na to wpadłam. Dlaczego tak jest – nie wiem. Ale kilka osob mi pisało, że ma podobnie! Tak że coś jest na rzeczy.

      Ja mam tak, że w 99% to co działa dobrze za pierwszym razem, to jest okej, a jak coś się nie sprawdza to po 5 myciach też nie zacznie. Po drugie, kiedyś potrafiłam używać z 6 różnych masek w miesiącu, później jakoś to ułożyłam. Nowości sprawdzam pojedynczo, nawet kiedy stosowałam złożoną pielęgnację to jeśli dobrze pamiętam nowy olej stosowałam bez niczego, bez maski odżywczej po nim, tylko zmywałam go jak zwykle lekką maską, nową maskę też jako jedyną rzeczy nakładaną na długość podczas danego mycia. Ale też był taki moment, że mając masę rzeczy w kolejce uznalam, że będę nowości stosowała razem ze znanymi rzeczami mysląc że skoro używam 2 masek i jednego oleju podczas mycia, jedna z tych masek jedno nowa a druga maska i olej to ulubieńcy, to jeśli efekt bedzie zły to będzie na pewno wina tej nowej maski. A to duży błąd, bo zły efekt mógł być na przykład wynikiem nadmiaru protein jesli obie maski je miały, albo po prostu wynikiem złego połaczenia jakichkolwiek składników. I solo wszystkie te rzeczy mogły działać świetnie, ta nowa maska też.
      Teraz już i tak używam tylko maski albo tylko oleju podczas mycia, więc sprawdzanie nowości solo samo wychodzi. Na początku nie wiedziałam co jest tak naprawdę dobre. Wydawało mi się, że wiem, a potem znalazłam coś nowego i ten stary efekt który wydawał mi się ekstra okazywał się w porównaniu do nowego jakimś 5/10, średnim.

      Jeśli nie odpowiedziałam na to o co pytałaś, to dopytaj :)

      Usuń
    2. Dzięki za odpowiedź ;*

      Hmm..Coś w tym jest, bo u mnie koszulka odciąga dużo szybciej wodę, niż ręcznik, a po ręczniku mam bardziej miękkie włosy (jeszcze gdy są wilgotne), niż gdy trzymam tyle samo czasu w koszulce...więc bingo! Koszulka szybciej wyciąga wodę i pozostawiając bardziej szorstkie włosy! Dzięki!
      Myślisz że prędkość suszenia włosów suszarką też ma takie znaczenie? Czyli że lepiej suszyć na wolniejszej prędkości??

      No właśnie, ja mam tak że tak naprawdę to nie wiem co mi służy a co nie, bo za dużo tego nakładałam na łebek. I zostałam z niczym, bo gdy się tak wszystko pomiesza to nie wiadomo co zawiniło, albo co jest ok.
      Więc chodziło mi o to dokładniej, od czego zacząć sprawdzanie, wtedy gdy nic nie daje zadowalających efektów. Tak jakby ktoś miał zacząć "włosomaniactwo" i zaczynał od zera, nie wiedząc co lubią włosy a czego nie.
      Czyli wytłumacz mi łopatologicznie: najpierw myć włosy tylko delikatnym szamponem lub odżywką i nie nakładać nic więcej, żeby znaleźć dobre myjadło?
      Jak znajdę myjadło to tymże myjadłem myć, dodając jakąs maskę/odżywkę w celu znalezienia dobrej. I to samo z olejem :D Tak? ;)

      Usuń
    3. Myślę, że ma. Po sobie jakoś bardzo tego nie widzę bo w ogóle nie lubię używać suszarki przez straszny efekt właśnie, ale czytałam u kilku osób, że mocny nawiew kończy się gorzej niż słabszy.

      Możesz zacząć tylko od czegoś do mycia. Ja tak nie robię bo myję tylko skórę głowy i okolice, a maskę nakładam niżej, więc te dwie rzeczy na siebie niespecjalnie wpływają i mogłam 2 nowości na raz używać jeśli akurat tak trafiło. Ale jeśli myjesz szamponem też długość, to tak. Musiałabyś najpierw używać tylko szamponu (na przykład co drugie mycie z odzywką, żeby nie zaniedbać długości), potem kilka razy sam olej, potem maskę :)

      Jak umyjesz kilka razy włosy samym szamponem, będziesz też wiedziała jak się mają. O ile to będzie łagodny szampon. Bo jeśli będzie mocno oczyszczał to raczej sprowadzi wlosy do poziomu poniżej neutralnego zera a nie pokaże jakie neutralnie, naturalnie są.
      I jak już będziesz wiedziała jak się mają, to możesz sobie patrzeć jaka maska i olej ten stan poprawiają :)

      Usuń
  7. Ja musiałam podciąć końce o 3 cm :( chociaż farbuję tylko odrosty , ale to jednak blond ! I znów jak u Pani mam to samo : * końce się haczą , * przesuszenie od przekarmienia , * spuszenie końcówek od silikonów ( stosuję mieszankę Mythic Oil z Bioeliksirem ) , * porządne oczyszczenie przeciwłupieżowym Seboradinem z pilingiem cukrowym dało radę :) Końce wg. Kasi na fali zabezpieczyłam Scandic Line Fruit Mask , którą zwykle myję długość :) Szkoda ,że nie mogę Pani wysłać zdjęcia moich ponad 3 letnich włosomaniaczych zmagań ! Jest Pani dla mnie nie tylko inspiracją , natchnieniem i dobrym duchem w chwili zwątpienia , ale także moją włosową SIOSTRĄ BLIŻNIACZKĄ :) B proszę o kontakt na maila ! Najstarsza Włosomaniaczka Rzeczpospolitej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zazdroszczę możliwości mycia maską, bardzo, bardzo. Też bym chciała, ale skóra głowy się absolutnie nie zgadza. Dziękuję za dobre słowa! :) A zdjęcia zawsze może Pani wysłać na maila blogowego, henriettahair @ gmail.com! Sprawdzam regularnie :)

      Usuń
  8. Twoje włosy są unikatowe :) nie pomyślałabym że włos może reagować kompletnie odwrotnie na przekarmienie, puszyć się i wyglądać sucho, a po oczyszczeniu nabrać "mięsa". Bardzo lubię Twoje posty bo dają nadzieję na to, że nawet na włosy wrażliwe, niestandardowe jest sposób, tylko mniej oczywisty i wymagający więcej poszukiwań.
    Ściskam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam jeszcze pytanie/prośbę/sugestię. Wiem, że nie chcesz oszukiwać ani siebie ani nikogo innego, ale może mogłabyś raz wrzucić zdjęcie wystylizowanych włosów? Takiego ich maksa, z silikonami, po rozczesaniu albo koczku. Bardzo jestem ciekawa jak Twoje włosy wyglądają w makijażu :) więc może kiedyś?

      Usuń
    2. Ja też jestem za!

      Usuń
    3. Jasne! :) To nie tak że ja jestem przeciwna stylizacji. Silikony i koczek to żaden problem, tyle tylko że nie chcę udawać że to jest domyślny stan moich włosów i z takimi wstaję codziennie z łóżka ;)

      Przypadkiem w sumie takie efekty przypadkiem udało mi się uzyskać tu:

      http://henri-and-her-hair.blogspot.com/2016/08/wosy-w-lesie-czyli-wakacyjny-spacer.html

      i tu:

      http://henri-and-her-hair.blogspot.com/2016/01/styczniowa-pielegnacja-wosow.html

      Więc będę pamiętała żeby zrobić fale po koczku i silikonach. Tylko nie obiecuję, że to będzie niedługo, ze względów organizacyjnych ;) Ostatnio trudno mi znaleźć możliwość zrobienia zdjęcia, bo musimy być oboje w domu kiedy jest jasno.

      Usuń
    4. A co do dziwnych reakcji – mnie już skończyły się w pewnej chwili możliwości, poza keratynowym prostowaniem, i zastanawiałam się czy po prostu nie będę miała zawsze takich spuszonych matowych włosów, bo takie są. Przez parę lat próbowałam naprawdę wszystkiego. A okazało się, że nawet takie trudne wysokoporowate fale są do opanowania, jakkolwiek sposób nie byłby zaskakujący :)

      Usuń
    5. No kuuurczę, na tych zdjęciach to bajka :)

      Usuń
    6. a dlaczego nie zdecydowałaś się na keratynowe prostowanie?

      Usuń
    7. Bo nie podoba mi się pomysł jakiegokolwiek nieodwracalnego ingerowania we włosy. Wiem, że po czasie keratyna się wypłukuje w końcu, ale nie jest to po 2 myciach ;) Boję się, że efekt by mi się nie podobał, że wcale nie pomogłoby to z moim problemem, i że prostowanie zniszczyłoby mi włosy. Dużo osób pisze, że nie niszczy. Ale przesuwanie parę razy prostownicą po cienkich pasemkach... nie przemawia to do mnie. Mam za wrażliwe włosy.

      Usuń
  9. Świetny pomysł.

    OdpowiedzUsuń
  10. Henri, zwróć też uwagę na obrys Twoich włosów na zdjęciu, gdzie są spuszone i już po oczyszczaniu. Wydaje mi się, że na tym pierwszym włosy tworzą coś na kształt trapezu - im dalej w dół, tym brzegi obrysu (ramiona trapezu) bardziej od siebie oddalone. Co jest dość logiczne, jeśli przyjmiemy, że są właśnie spuszone a nie zniszczone. Na dalszych zdjęciach włosy straciły na spuszeniu, które odpychało je od siebie i leżą równolegle i gładko. Wydaje mi się, że to może być dobrą wskazówką do tego jak rozpoznać spuszenie końcow wlaśnie.

    A co do uwag, żebyś podcięła włosy. Tak się składa, że na sobie podobają mi się zupełnie inne włosy niż włosomaniaczkom. Lubię jak są nie za długie i (lepiej usiądź) pocieniowane. Dla mnie ideałem jest nieład. A jak jeszcze w tym nieładzie są lśniące i zdrowe, to już w ogóle cudo. Po długim czasie zapuszczania włosy ścięłam. Niedawno zdecydowałam się na cieniowanie i wreszcie mam taką fryzurę , w jakiej się czuję najlepiej. Bo to ja mam się dobrze czuć w swoich włosach a Ty w swoich. A komentujące same też mają włosy, w których czują się najlepiej.

    Co do pogorszenia włosów po nadmiarze pielęgnacji, którego sama zresztą doświadczyłam, to mam taką teorię. Nie wiem, czy chodzi faktycznie o wysoką porowatość, czy jeszcze o coś innego w strukturze włosa - całkiem sporo osób niszczących swoje włosy różnymi zabiegami ma je mimo, że matowe, sztywne i suche, to jednak gładsze. "Nasz" puch przypomina momentami male, rozczesane i miękkie loczki, chociaż włosy nie chcą się kręcić. Ale do rzeczy - wydaje mi się, że przez tą porowatość/strukturę, składniki poszczególnych produktów nierówno osiadają na włosach i reagują ze sobą, np.odpychając się, albo sklejając albo jeszcze jakoś inaczej mieszając i matowiąc włosy przez utworzenie takiej wymieszanej powłoki. Przypuszczam, że właśnie nasze włosy mają tyle natuuralnych nierównosci w strukturze, że tam, gdzie jest większa dziura, to się bardziej wyginają i w efekcie puszą.

    Pozdrawiam, M.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację! To samo mi mąż podpowiedział. I to, że nawet jeśli włosy nie są spuszone, to przy tej długości tak się rozkładają na ciele, w taki wachlarz, więc bardziej rozłożone końcówki mogą wyglądać na rzadkie. To rozkładanie widzę u wielu osób na zdjęciach.

      Tak. Byłoby świetnie gdyby ludzie nie wciskali swoich poglądów i gustów komuś i nie traktowali własnych opinii jako prawd totalnych, typu "takie długie włosy są brzydkie." Gdybym ja zachowywała się tak samo, musiałabym pisać ludziom "dopiero jak będziesz miała włosy za biodra będą ładne" :D

      Też mi coś takiego chodzi po głowie. Za dużo składników wciskających się we włosy, stąd puch. I taka warstwa loczków pojedynczych.


      Usuń
  11. Henri, może zabrzmię śmiesznie ale przyznam Ci się do czegoś - jesteś moją inspiracją ;) parę miesięcy temu wpisałam w google "jak samodzielnie podciąć końcówki" i w ten sposób trafiłam na Twojego bloga. Zainteresował mnie, wciagnął, a w efekcie sama stałam się włosomaniaczką! Zaczęłam czytać też inne włosowe blogi, zapuszczam włosy, w coraz lepiej poznaję ich potrzeby, a kolekcja kosmetyków w łazience rośnie. Co więcej, mój chłopak się ode mnie zaraził i stał się brodomaniakiem, więc razem siedzimy i ja głaszczę się po włosach a on po brodzie :D a poza tym bardzo mi się podobają Twoje posty przemyśleniowe, np. o kryzysie włosowym albo o zmianie stosunku do LHC. Bardzo doceniam. Zatem serdecznie Cię pozdrawiam i życzę powodzenia w osiągnięciu wymarzonej długości! Już niedługo! :)) Dominika

    OdpowiedzUsuń
  12. włosowe krzysysy i mnie dopadają, kiedy to widze swoje włosy w duzo gorszym swietle a tak naprawde tak zle z nimi nie jest tylko mi najnormalniej brak cierpliwosci na to zeby wygladały w koncu dobrze tak jak ja chce ale myslę że jest to praca na bardzo długo i szykuje sie na to ze nie jest to marzenie które spełni się juz teraz

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz