Rok ze zdrowymi włosami: przemyślenia po dużym cięciu

Kiedy zaczynałam świadomą pielęgnację włosów w marcu 2010, całe były zniszczone od suszarki i prostownicy. Tylko że bez kontrastu zdrowych włosów nie wiedziałam jak bardzo. Podcinałam regularnie końcówki bo widziałam, że są suche, ale nie wiedziałam, że źle jest z całością włosów. Kiedy kilka lat później “nowe,” zdrowe włosy sporo urosły i pojawiła się wyraźna granica między nimi a starymi, kontynuowałam małe podcięcia. Bez zastanowienia przyjęłam, że tak jak dla wielu osób z The Long Hair Community, dla mnie też one zadziałają i każde z nich będzie zbliżało mnie do linii zdrowych włosów.

Tak się nie działo. Żałuję, że nie zauważyłam braku postępu wcześniej. Do pewnej chwili metoda małych podcięć się sprawdzała, bo stare włosy znikały aż zostało ich tylko ostatnie kilkanaście centymetrów. Ale te kilkanaście centymetrów utrzymywało się przez kilka lat, co najmniej od listopada 2011, co widać po zdjęciach. Końce wykruszały się dokładnie tak szybko, jak je podcinałam, ale nie zauważyłam tego od razu.

Listopad 2011 (zdjęcie z lampą):



Koniec marca 2015, tuż po tradycyjnym kwartalnym niewielkim podcięciu. Dwa kolejne, większe, nastąpiły krótko po nim.


Ale końce nie zawsze wyglądały źle. Marzec 2015, zdjęcie zrobione dzień przed poprzednim:


Styczeń 2015. Zdjęcie z odbitą od sufitu lampą.



Rzadko udawało mi się uchwycić granicę między starymi końcówkami a zdrowymi włosami a na co dzień również nieczęsto było ją widać i nie zauważałam, że rzadkich końcówek nie ubywało pomimo, że całość rosła. Od listopada 2011 do marca 2015 podcięłam 42 cm, więc końcówek widocznych na zdjęciu sprzed kilku lat powinno dawno nie być. A były. To oznacza, że pomimo pielęgnacji całości włosów i zabezpieczania końcówek, które w pewnym zakresie było skuteczne – najdłuższe końce zachowywały prostą linię cięcia przez trzy miesiące – włosy się wykruszały. Może po prostu nie nakładałam serum wystarczająco wysoko? Albo włosy robiły się na tyle słabe, że zabezpieczanie i małe podcięcia nie wystarczały, bo zniszczenia wędrowały w górę?

Gdybym mogła podróżować w czasie ;) i miałabym szansę coś zmienić, ścięłabym końcówki jak tylko zauważyłabym tę wyraźną granicę. A stało się tak, że musiałam zdać sobie sprawę z braku postępu w małych cięciach żeby podjąć taką decyzję, co zajęło kilka lat. Celowo nie piszę “zaczęłabym pielęgnację od ścięcia całych zniszczeń” bo wtedy w marcu 2010 musiałabym zgolić włosy na łyso, dosłownie. To nie wchodziłoby w grę nawet gdybym miała świadomość, że muszę to zrobić. Ale i tak lepiej by było, gdybym ścięła zniszczenia wcześniej, szybciej.

Ostatecznie, olśnienie przyszło na początku kwietnia 2015, krótko po tradycyjnym niewielkim podcięciu z przełomu pór roku. (Post z małego cięcia, post z pierwszego dużego cięcia, post z drugiego dużego cięcia.) Trzęsły mi się ręce kiedy ścinałam końcówki. Decyzję podjęłam szybko – dosłownie w dwie minuty – ale byłam jej pewna: zrozumiałam, że przez pięć lat niewielkiego podcinania pozbyłam się takiej ilości włosów, że kilkanaście centymetrów zniszczonych końcówek powinno dawno zniknąć. A przerzedzenia wciąż były i było ich tyle samo. Czyli, pomimo ochrony i pielęgnacji, końcówki się wykruszały i zniszczenia szły w górę. Idąc dalej drogą małych cięć co trzy miesiące nie doszłabym do zdrowych końcówek. Nie miałam więc wyjścia, musiałam pozbyć się całych starych partii od razu.

Ale i tak bałam się efektu. Po latach (bardzo powolnego) zapuszczania nie chciałam znów mieć krótkich włosów. Bałam się tego, że będę niezadowolona i że będzie mi bardzo brakowało długości. (Chociaż mając długie włosy i tak nie byłam z nich w pełni zadowolona ze względu na końce. Ryzykowałam tylko zmianą źródła niezadowolenia – ze stanu na długość.) Powrót do włosów sięgających zaledwie do talii był dziwny. Tak nagle się kończyły przy czesaniu! ;) Ale kończyły się też bardzo grubym pędzlem końcówek. Przed podcięciem końcówki mi przeszkadzały. Mentalnie. Były moim “ale,”  zmieniającym to jak patrzyłam na całość. “Wszystko w porządku, ale te końcówki.” Jednak nie spodziewałam się, że podcięcie zmieni aż tyle w moim podejściu. Wiedziałam, że będę miała zdrowe, gęste końce, ale nie wiedziałam, że aż tak mnie to ucieszy. Tymczasem radość z nowych końcówek była ogromna, a tęsknota za długością nie aż tak duża jak się spodziewałam. Właściwie dzięki radości ze stanu włosów prawie jej nie było. Po drugie, długość zaczęła szybko powracać. Moje poczucie posiadania długich włosów (które nawet przy ponad stu centymetrach nie było solidne “bo te końcówki…” – czasem prawie nie było ich widać, tak były rzadkie i spuszone) niedawno wróciło! Rok po podcięciu! Byłam pewna, że zajmie to o wiele dłużej. W te dwanaście miesięcy włosy urosły 17.5 cm, z czego ścięłam 3 cm (w październiku), zyskałam więc 14.5 cm: z 79 cm po drugim dużym cięciu w kwietniu do 93.5 cm obecnie. (Przy okazji – do celu zostało mi 18.5 cm. Czyżby to miał być rok i trochę, przy obecnym przyroście? Wow! Osiągnięcie wymarzonej długości nagle pojawia się na horyzoncie, to już nie nieokreślone długie lata, wiecznie odsuwane przez podcięcia.) Teraz każdy centymetr moich włosów jest solidny. A nie jak te stare końce, niby były, ale jakby się nie liczyły. Takie rzadkie, czasem ledwo widoczne na zdjęciach i przeznaczone do ścięcia. Muszę przyznać, że nawet przy ponad 100 cm nie zawsze patrząc na swoje włosy widziałam je jako długie. A teraz poczucie długich włosów wróciło kiedy końcówki są nieco za linią bioder :)

Po pierwszym ścięciu obawiałam się, że nie docięłam się do linii zdrowych włosów, więc pozbyłam się kolejnych kilku centymetrów. Wciąż bałam się jednak, że przerzedzenia wrócą, że nowe końcówki będę się wykruszały i będę je musiała ścinać tak często, że nie uda mi się zapuścić włosów do wymarzonej długości. To raczej bezpodstawny strach ale po latach patrzenia na takie przezroczyste końcówki i walki z nimi ciężko było mi uwierzyć w to, że ja naprawdę mogę mieć je zdrowe i gęste. Nawet nie pamiętam kiedy ostatnio je takimi widziałam ;) Zanim przyzwyczaiłam się do tego, że serum muszę nakładać mniej bo zdrowe włosy łatwo przeciążyć (stare końcówki mogły wypić każdą ilość silikonowo-olejowego serum) aplikowałam za dużo produktu, końce były sklejone a ja patrząc na nie bałam się, że to jeszcze resztki starych, rzadkich partii albo że przerzedzenia wracają. Później nauczyłam się obsługi włosów na nowo. Po kilku miesiącach od cięcia przerzedzenia nie wróciły. (Pisałam też o nich w poście o podejściu do włosów.) Według starego planu kwartalnych cięć w czerwcu powinnam chwycić za maszynkę. Nie było takiej potrzeby. Końcówki nie są ani rzadkie ani rozdwojone. A początkowo myślałam, że wciąż będę musiała je podcinać do trzy miesiące. (Podcinać czy nie podcinać?) Wcześniej dzięki zabezpieczaniu silikonami stare końcówki nie wykruszały się w najniższych partiach. Najczęściej (rzadkimi wyjątkami były okresy kiedy trafiłam na słabe serum) po trzech miesiącach od cięcia, tuż przed kolejnym, prosta linia poprzedniego była wciąż widoczna. A nieco wyżej zniszczenia szły radośnie w górę. I nic nie mogłam na to poradzić, mimo ciągłej intensywnej pielęgnacji. Teraz jest świetnie. Utrzymanie zdrowych, mocnych końcówek jest dużo, dużo, dużo łatwiejsze niż zachowanie zniszczonych w stanie choćby znośnym

Przed obcięciem byłam bardzo daleka od wiary w hasło “lepsze krótsze ale zdrowe.” Za długo zapuszczałam włosy żeby tracić cały pięcioletni przyrost. (Paradoksalnie, zapuszczałam tak długo właśnie przez konieczność powolnych podcięć, które do niczego  mnie nie doprowadziły.) Końcówki potrafiły wyglądać znośnie i to pozwalało mi cierpliwie czekać. Męczyła mnie świadomość ich stanu, ale mocno wierzyłam w to, że z każdym podcięciem jestem bliżej posiadania zdrowych włosów i że da się to zrobić bez gwałtownej utraty długości, czyli na przykład zapuszczając w kwartał 3 cm, podcinając 2 cm. Dobre rady pod hasłem “liczy się jakość a nie długość” często dostawałam od osób, którym na długości nie zależy albo mają bardzo mało do zapuszczenia – więc łatwo tak mówić. Myślałam, że końcówki są znośne a ja wytrzymam. Że po dużym ścięciu w kwestii włosów i ich postrzegania wiele się nie zmieni a mnie utrata długości będzie bardzo bolała. Było inaczej. Radość z nowych końcówek sprawiła, że powrót do włosów do talii nie był aż tak straszny jak myślałam… a w kwestii samych włosów zmieniło się wiele. Prawie wszystko.

Wcześniej końcówki najczęściej były w gorszym stanie niż reszta ale nie zdawałam sobie sprawy z tego jak bardzo to przyciąga całą uwagę. Moją i innych. Nawet ja nie byłam w stanie całkiem przychylnie patrzeć na swoje włosy. Zawsze było coś do zrobienia i to coś psuło cały efekt. Myślałam, że cieszę się zdrową częścią, ale nawet radość nie była pełna, co odkryłam dopiero po podcięciu. Jest coś jeszcze. Zmieniło się nie tylko moje subiektywne postrzeganie włosów. Zmieniło się samo to, jak one wyglądają. Wcześniej końcówki wyglądały źle a wyższe partie lepiej. Kiedy zdrowa część wyglądała bardzo dobrze, końcówki – najwyżej znośnie. Tak samo było z wrażeniami w dotyku. Zmiana która teraz zaszła jest w dużej części zasługą odkrycia odpowiedniej pielęgnacji co nastąpiło niedawno ale i tak odkryłam, że całość włosów wyglądała źle przez obecność starych końcówek. I nie chodzi o subiektywne postrzeganie tylko o faktyczny wygląd. Nie było tak, że suche, spuszone i matowe były ostatnie centymetry a później oddzielone wyraźną linią były zdrowe włosy. Wyraźna różnica obejmowała tylko gęstość. Pozostałe aspekty się niestety mieszały. Szorstkie końcówki nie pozwalały reszcie włosów dobrze się układać, leżeć gładko, i całość wyglądała na spuszoną. Po drugie, byłam przekonana, że mam wysokoporowate włosy. Teraz wcale nie jestem tego taka pewna. Bez przeszkadzających w praktyce i zmieniających postrzeganie włosów końcówek jestem gotowa zaryzykować sugestię, że są średnioporowate w stronę porowatości wysokiej. Tak, zmiana pielęgnacji też się do tego przyczyniła. Ale to zniknięcie starych końców pozwoliło reszcie włosów pokazać jakie są naprawdę. Teraz całe włosy są śliskie. Wcześniej, ostatnie co zapamiętywałam dotykowo to szorstkie końcówki, ale i duża część włosów nad nimi nie była całkowicie śliska ani gładka wizualnie. Mogę też w końcu dociążyć włosy, czuję je na plecach, są sprężyste w dotyku i w ruchu, czuję też łaskoczące mnie końcówki. Wcześniej całość fruwała. Nie miałam pojęcia, że te zniszczone partie aż tak przeszkadzają w praktyce. Nie miałam nawet jednego procenta pojęcia.

Szybkim cięciem, w ciągu pięciu minut uzyskałam zdrowe włosy. Nie jest tak, że mam spokój, o nie ;) Są suche z natury, muszę je intensywnie nawilżać. Ale są zdrowe a nawilżenie na ogół nie jest trudne do osiągnięcia. To są drobne, bieżące zabiegi a nie wielka i rozłożona w czasie akcja uzdrawiania włosów przez podcięcia. Moment zadowolenia nie jest odległy, oddzielony długimi latami i niezliczonymi podcięciami. Nie muszę robić nic wielkiego ani czekać na to aż będzie dobrze. Jest dobrze w tej chwili, a w kwestii działań wystarczy prosta pielęgnacja z naciskiem na nawilżanie.

(Kolejne zdjęcia to przypadkowo galeria mojej miłości do bordowego koloru ;))

Końce krótko po pierwszym z dwóch dużych kwietniowych cięć:


Po drugim:


Koniec kwietnia:


Lipiec:


Styczeń: 


Luty:



Jedyne, co zostało do zrobienia (poza bieżącą pielęgnacją), to zapuszczanie. Tylko że to, w przeciwieństwie do pozbywania się zniszczonych końcówek, jest przyjemne. I faktycznie się dzieje, mam pewność postępu, w kontraście do sytuacji z końcami, które się wykruszały a ja bardzo długo tego nie widziałam. W związku z tym, że nie muszę podcinać końcówek co trzy miesiące zapuszczanie idzie teraz dużo szybciej. Wcześniej bardzo często ścinałam wszystko, co przez kwartał urosło albo nawet więcej, więc niekiedy wręcz się cofałam. Teraz wszystko, co urośnie mogę zatrzymać. Każdy centymetr jest faktycznym postępem. Już widzę, że podcinać włosy będę musiała rzadko i niewiele (przez rok podcięłam je raz, w październiku). Teraz zapuszczanie będzie widoczne! :) Wcześniej bywało tak, że przez podcięcia przez dwa lata nie zyskałam ani centymetra długości. Myślałam, że chociaż pozbywam się starych końcówek. Ale nie! Jestem zła, kiedy pomyślę o tym, że zniszczenia wędrowały w górę a ja straciłam masę czasu.

Posiadanie całkowicie zdrowych końcówek, teraz, już, jest cudowne. A strata długości nawet w małej części nie tak dotkliwa, jak myślałam, że będzie. Teraz sama wierzę w hasło “lepiej krótsze ale zdrowe” – byłam pewna, że to się nie stanie, ale jednak sama tak czuję. Chyba nie było innego wyjścia niż przekonanie się na sobie. Oglądanie włosów innych dziewczyn po dużym cięciu to nie to. Mało kto zapuszcza do takiej długości, o jakiej ja marzę, więc strata długości nie jest aż tak bardzo dotkliwa. Dla jasności – nigdy nie uważałam, że moje końcówki są w porządku, choć niektórzy próbowali mnie oświecać w kwestii tego jakie to one są okropne. Ależ ja to wiedziałam, od zawsze i przez cały czas. One mi się nie tyle podobały, co uznałam, że są znośne i postanowiłam z nimi wytrzymać, zaciskając zęby. Dla długości. Ale ona mnie nawet nie cieszyła. Teraz, mniejsza, cieszy. W całości i bardzo.

Przez pierwsze tygodnie po podcięciu miałam kilka kłopotów technicznych. Po pierwsze, nie mogłam zrobić najprostszego koczka-ślimaka. Wcześniej końcówka skręconych wokół osi włosów była cienka i dawała się łatwo owinąć i upiąć. Po podcięciu kucyk kończy się nagle grubym pędzlem, który jest dość trudny do upięcia. Dość szybko się to zmieniło, bo włosy nieco podrosły a ja od nowa nauczyłam się ich obsługi, ale na początku ze względu na długość i gęstość pasma z koczka wypadały. (Skandal! To oburzające! ;))

Tu po drugim dużym cięciu:


Po drugie, i to nie zmieni się jeszcze przez dłuższy czas, straciłam możliwość robienia kilku ulubionych fryzur, w tym prostej korony z warkoczy. Dobierana to nie problem, ale taka robiona ze zwykłych warkoczy angielskich będzie musiała poczekać, bo warkocze są za krótkie, żeby owinąć je wokół głowy. Cóż… wcześniej u dołu były tak cienkie, że i tak nie wyglądały dobrze. Kiedy włosy odrosną z gęstymi końcami, fryzury będą wyglądały dużo lepiej :)

Dość długo nie mogłam też używać spinek Flexi8, w lipcu udało mi się zrobić solidnego koczka z jedną z nich. Co prawda mniejszą, w rozmiarze L, ale teraz bez problemu używam rozmiaru XL.  Problem z Flexi nie leżał w utracie ilości włosów. Moje koki mają wciąż prawie ten sam rozmiar co wcześniej, bo rzadkie końce wiele objętości im nie dodawały. Brakowało mi po prostu długości do niektórych koków – albo do ich zrobienia w ogóle, albo do solidnego upięcia.

Uff, to koniec moich po-podcięciowych przemyśleń. Wyszedł jeden z moich charakterystycznych postów-gigantów, ale chciałam to wszystko mieć w jednym miejscu :) Moja wiadomość dla świata jest taka: jeśli zaczynacie pielęgnację i macie wyróżniające się, zniszczone końcówki, pozbądźcie się ich jak najszybciej. Ja wiem, jak to boli. Naprawdę wiem. Wzbraniałam się przed tym 5 lat, znam na pamięć każdy argument za i przeciw. Zawsze wygrywały te “przeciw”. A zniszczenia wędrują w górę, nawet przy najlepszym zabezpieczaniu włosów. Może nie u każdego tak będzie. Jestem daleka od mówienia “koniecznie w tej chwili zetnij wszystkie te końcówki.” Z rozmysłem używam określenia “jak najszybciej.” Podcinanie jednego czy nawet trzech centymetrów co trzy miesiące to może być za mało. Moje zniszczenia pięły się w górę dokładnie w tym samym tempie w którym podcinałam włosy i po latach małych cięć miałam dokładnie tyle samo rzadkich końców. Dobrym wyjściem może być podzielenie cięcia na mniejsze, na przykład pięciocentymetrowe i rozłożenie ich w czasie co miesiąc. Utrata długości nie będzie tak gwałtowna jak moje 23 cm w dwa tygodnie, a wystarczająco szybka żeby powstrzymać wędrówkę zniszczeń i pozwolić na zaczęcie spokojnej pielęgnacji zdrowych włosów, bez walki i bez czekania.

Komentarze

  1. Widać jaką zmianę przeszły twoje włosy. Teraz są cud, miód :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Co myślisz o malowaniu się przez facetów ? Masz bardzo ładne, długie włosy.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zdjęcie ze stycznia jest niesamowite... Włosy na nim prezentują się po prostu REWELACYJNIE! PRZEPIĘKNIE!

    Ja jestem właśnie drugi dzień po nieco większym cięciu i jeszcze się nie przyzwyczaiłam... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Merci bardzo! :)
      Ile podcięłaś mniej więcej?

      Usuń
    2. Oj w porównaniu z Tobą to drobnostka: 3 cm z długości każdej warstwy plus lekkie cieniowanie. :) Ale ja i tak to mocno odczuwam-co i rusz dziwię się, że takie krótkie. ;D

      Usuń
  4. Włosy odrosły Ci bardzo szybko :) jestem w szoku, bo pamiętam, że całkiem niedawno obcinałaś włosy, a to już rok temu ; d
    Teraz masz piękne, gęste włosy. Wspaniałe

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też jestem w szoku. I tym, że to już rok, i tym, że tak szybko odrosły. Jeszcze niedawno czułam,ze jestem raczej bliżej długości tuż po cięciu niż odzyskiwania tej dawnej. A teraz, bum, długość wróciła :)
      Dziękuję! :)

      Usuń
  5. Zmiana jest na prawdę imponująca, a Twoje przemyślenia powinna sobie wziąć do serca KAŻDA początkująca włosomaniaczka i... w zasadzie nie tylko ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :) Tak je piszę i piszę... i mam nadzieję, że komuś się przydadzą. Bo nie da się zrobić pewnych rzeczy dopóki serio nie jest się samemu do nich przekonanym, a lakoniczne rady "zetnij będzie lepiej" nie wystarczają ;)

      Usuń
  6. Zmiana jest na prawdę imponująca, a Twoje przemyślenia powinna sobie wziąć do serca KAŻDA początkująca włosomaniaczka i... w zasadzie nie tylko ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja za jednym razem podcięłam 22 cm , szkoda długości ale co tam jak raz urosły to tym bardziej przy teraźniejszym staraniu się , dbaniu o końce urosną znów ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Bo to tak z nami jest, jak się samemu nie przekonasz na własnej skórze to ciężko uwierzyć w dobre rady innych;)
    Coraz bardziej zachwycają mnie Twoje włosy;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Zmiana niesamowita :) Ostatnio znowu zostałam natchniona włosomaniactwem, które mocno zaniedbałam. A wszystko przez to, że moje cudne loko-fale zniknęły w zamian przeistaczając się w druto-połamańce :( Ale od wczoraj kuracja pełną gębą :D Już nawet sobie żel lniany dzisiaj zrobiłam :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Henri, wiesz, że ostatnio o Tobie myślałam? Otóż rok temu, dokładnie 16 kwietnia ścięłam włosy, żeby oddać Fundacji Rak'n'Roll. Po ścięciu starałam się dbać o końce poprzez nakładanie olejków i serów po myciu. Kolejny raz do fryzjera wybrałam się 24 marca br. i poprosiłam o usunięcie wszystkiego, co zniszczone, w słabej kondycji. Było to naprawdę niewielkie cięcie, które uświadomiło mi, że dobrze jest podcinać włosy nawet bardzo rzadko, jeśli tylko się one z tym zgadzają ;) Ważne, żeby jednak nie zostawiać tych zniszczonych partii na siłę :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Czyli to słynne na Long Hair Community tzw. "Microtrimming" wcale w praktyce nie jest takie dobre? Przez ostatni czas podcinałam 0,5 cm co miesiąc, a i tak mam wrażenie, że te końce są nadal cienkie... Tzn. generalnie nie są w jakimś tragicznym stanie, by potrzebować mocnego cięcia, ale przez rozjaśnianie końce szybko tracą formę. A myślałam, że im częściej, tym lepiej...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się zabrałam za microtrimming i widząc ileś historii sukcesu bylam pewna, że to zadziała. Bo dla niektórych działa, zdecydowanie. Tylko nie mam bladego pojęcia dlaczego u mnie nie dzialało skoro maksymalnie zabezpieczałam końcówki. Widocznie nawet maksymalna ochrona i pielęgnacja nie była w stanie powstrzymać niepowstrzymanego ;) Najwyraźniej są takie przypadki jak mój. Trzeba raz a dobrze, inaczej to wielka strata czasu i nerwów.

      Usuń
  12. Ja ciachnęłam bardzo dużo końcówek jak zaczynałam być włosomaniaczką :p ok. 20 cm, jednak teraz z perspektywy już ponad dwóch lat wlosomaniactwa widzę, że zaniedbałam regularne podcięcia -włosy niby były dłuższe niż nigdy wcześniej, ale końce tak jak piszesz - niezadowalające. 01.04 byłam u fryzjerki, ciachnęła prawie 7 cm, końce wyglądały spoko do następnego mycia. Nie wiem czy to olej, czy co robię źle, już po prostu nie mam pomysłów. Zdecydowanie rezygnuję z kokosa, bo mam wrażenie, że to on jest winowajcą, pójdę kupić lniany może on pomoże :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Tak się zastanawiam, bo z tego co wnioskuję po twoich wpisach, nie robisz przerw między jedną wcierką a kolejną, nową? Może skóra głowy jest już dawno przyzwyczajona do masażu i dlatego nie reaguje przyrostem? Też mam kilka wcierek do przetesotwania i sama nie wiem, czy robić jakieś przerwy czy miesiąc po miesiącu wcierać kolejne?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba, że źle doczytałam :)

      Usuń
    2. Nie robię, nie robię. Ale w sytuacjach kiedy między wcierkami było coś wewnętrznego raczej nie ma wyraźnej różnicy (chociaż może muszę to przeanalizować dokładniej ;)) Wydaje mi się, że tego masażu jest tam na tyle mało, że skóra się nie przyzwyczaiła... No i nie chcę robić przerw bo wtedy poznawanie nowości zajęłoby mi całe wieki :);)

      Usuń
  14. Może kogoś zainteresuje..
    Koszulka z miarką umożliwiającą pomiar przyrostu włosów z dokładnością do 1cm!!
    Zapraszam: http://allegro.pl/koszulka-do-pomiaru-porostu-wlosow-wlosomaniaczki-i6105893206.html

    OdpowiedzUsuń
  15. Mam do zaoferowania program sprawdzający www.antyplagiat.net
    Jest to program przeznaczony na komputery z systemem Windows
    który umożliwia dokładne sprawdzanie różnego rodzaju tekstów czy nie zostały wykorzystane na innych stronach internetowych.

    Programem można sprawdzać dowolną ilość tekstów zarówno mogą to być artykuły, prace dyplomowe.


    Zapraszam do obejrzenia filmiku instruktażowego

    http://www.youtube.com/watch?v=TWxQZrZMU2U

    Sam skorzystałem i polecam w 100%

    OdpowiedzUsuń
  16. Wlosy piękne. Ja kiedys jako dziecko z checia odwiedzałam fryzjera ale potem coraz zadziej z róznych powodów a teraz końcówki podcia mi Mamam w domu i do Niej mam pełne zaufanie

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz