Suche, wysokoporowate fale i minimalizm czyli romans stulecia

Od siedmiu miesięcy czuję się tak, jakbym miała zupełnie nowe włosy. Codziennie mnie zaskakują, codziennie cieszę się z tego, że są, i jeszcze nie do końca wierzę, że tak już będzie, że to jest teraz stan domyślny. Jeszcze trochę się boję, że pewnego dnia wróci ich poprzedni wygląd. Nie dziwię się sobie po kilku latach oglądania suchego sianka, pomimo robienia wszystkiego, co się robić dało. Oto cała historia.

Mam naturalnie suche, wysokoporowate fale, co muszę podkreślić. Po odkryciu polskich blogów (przełom lat 2012 i 2013) i kilku tygodniach czytania ich nabrałam przekonania, że potrzeba im ciężkiej pielęgnacji i ta, którą stosowałam do tej pory, oparta o informacje z forum The Long Hair Community, jest niewystarczająca. Włosy potrafiły wtedy wyglądać dobrze:

Grudzień 2012



Ale najczęściej wyglądały średnio.

Marzec 2012


Myślałam, że bogatsza, złożona pielęgnacja sprawi, że będą wyglądały maksymalnie dobrze. Stosowałam ją przez jakieś dwa lata i było właściwie coraz gorzej. Oto dowody. Niektóre z poniższych zdjęć zrobione są krótko (ale nie bezpośrednio, czyli co najmniej jedno mycie po) po czymś wybitnie nieudanym, typu przesuszająca mi włosy cassia. Ale jeśli tak jest, to po tych zabiegach nakładałam w ciężkich połączeniach oleje i maski, chcąc ratować włosy, i zdjęcia są robione po co najmniej jednym takim ratunkowym myciu. Widać, że to nie pomagało. Niektóre zdjęcia nawet nie były zrobione po czymś nieudanym. Tak po prostu wyglądały moje włosy na co dzień.

Czerwiec 2013:



Luty 2014. I do kompletu pielęgnacja z poniższego zdjęcia, dla przykładu:

Olej Hipp, balsam prowansalski Planeta Organica, Kallos Latte, Nivea Hydro Care z dodatkiem miodu, szampon NS Objętość i Pielęgnacja.

1. Olej: Olej nałożyłam na mokre włosy, pokryte odrobiną balsamu prowansalskiego na całą noc przed myciem.

2. Mycie: skóra głowy – szampon NS Objętość i Nawilżenie, długość – Kallos Latte

3. Odżywka/maska: Nivea Hydro Care z dodatkiem miodu, wprasowana i zostawiona na około 30 minut.


Czerwiec 2014:


Lipiec 2014:


Sierpień 2014:


Zapomniałam, że za czasów LHC było dobrze i byłam blisko bardzo dobrych efektów. Zakopywałam się w coraz cięższej pielęgnacji oglądałam coraz gorzej wyglądające włosy i tkwiłam w przekonaniu, że są rekordowo suche i puszące się. Nie widziałam tego, że to komplikowanie pielęgnacji pogarsza sprawę… i dodawałam kolejny element. Długo nie wpadałam na to, że powinnam uprościć mycie. A kiedy pojawił się taki pomysł, nie wierzyłam, że może się sprawdzić. Okazało się, że za czasów LHC i początków mojego poznawania blogowej pielęgnacji brakowało nie ilości a jakości. Używałam lekkich odżywek i nie do końca dopasowanych olejów. Stąd efekt tylko dobry. Powinnam była zamienić produkty na lepsze. A nie potroić ich ilość.

Historia pielęgnacji moich włosów to temat na osobny post, na razie wspomnę tylko, że w najbardziej intensywnym etapie potrafiłam nałożyć olej na wodę i glicerynę, zmyć go ciężką maską i nałożyć odżywkę bez spłukiwania. Albo po oleju zmytym lekką maską nałożyć ciężką z dodatkiem łyżeczki oleju. Takie panowały klimaty. A włosy były lekkie, suche i szorstkie. Niedociążone. A mnie już skończyły się pomysły co i gdzie jeszcze można by do pielęgnacji dodać, żeby je dociążyć.

Dobrze, że pojawiła się koncepcja odejmowania.

Rewolucja zaczęła się od tego, że po kilku tygodniach emulgowania oleju cięższymi maskami w grudniu wróciłam do zmywania go maską Serical al Latte (planowałam łączyć obie metody, używając ich naprzemiennie) i zauważyłam, że podczas spłukiwania oleju i maski Serical włosy są śliskie, za to podczas spłukiwania drugiej maski, nałożonej po Latte (bogatej składowo i z dodatkiem oleju bądź innego półproduktu) już nie. To jeszcze nic nie znaczy, bo moje włosy po wyschnięciu potrafią być w stanie zupełnie przeciwnym do tego, jakie są na mokro ale przypomniało mi się, że testując wstępnie maski i odżywki (solo) i oleje (zmywam je wtedy maską Latte) często miałam śliskie i gładkie po wyschnięciu włosy. Kiedy włączałam te produkty do połączeń, czyli złożonej pielęgnacji (na przykład olej przed myciem, maska po) efekt śliskości i gładkości znikał. Nie zawsze, ale często. Niektóre połączenia dawały idealny efekt końcowy, znakomita większość – nie. I nie chodziło o przeciążenie po połączeniu dwóch produktów działających idealnie osobno. Włosy nie były klejące w dotyku czy postrączkowane. Po prostu gładkość (wizualna) i śliskość (w dotyku) były mniejsze. Włosy były po prostu spuszone, mniej dociążone, mniej błyszczące. Nie wiem dlaczego, powinno przecież być odwrotnie.

Zauważyłam też, że większość włosomaniaczek nie robi na raz tyle, co ja (choć ostatnio złożona pielęgnacja robi się popularna), a ich włosy wyglądają świetnie. Pomimo tego, że bardzo długo sprawdzałam jak działają pojedyncze kosmetyki żeby móc je łączyć, w grudniu założyłam, że moje myślenie „mam suche i puszące się włosy, więc muszę stosować jak najcięższą pielęgnację” było błędne. Pojedyncze produkty potrafiły dawać świetne efekty. Na przykład sam olej: 9/10. Sama maska: 9/10. Razem to powinien być efekt "wow" do potęgi. A nie był. Połączenie dawało efekt najwyżej 6/10. W końcu to zauważyłam. Rozdzieliłam dwa najważniejsze elementy mycia:

Stary schemat mycia wyglądał tak:

Emulgowanie oleju maską Serical + maska odżywcza: Olejowanie, nałożenie maski Serical na olej, spłukanie, nałożenie cięższej maski z łyżką oleju i/lub innym dodatkiem, spłukanie maski z nasady włosów, mycie skóry głowy, spłukanie najpierw szamponu a później maski, serum na końcówki (i odżywka bez spłukiwania).

albo

Emulgowanie oleju odżywczą maską: Olejowanie, nałożenie treściwej maski na olej, spłukanie maski z nasady włosów, mycie skóry głowy, spłukanie najpierw szamponu a później maski, serum na końcówki (i odżywka bez spłukiwania).

Nowy schemat mycia:

Mycie z olejem: Olejowanie, nałożenie maski Serical na olej, mycie skóry głowy, spłukanie najpierw szamponu a później maski, serum na końcówki (i odżywka bez spłukiwania).

albo

Mycie z maską: Nałożenie cięższej maski z łyżką oleju i/lub innym dodatkiem, spłukanie maski z nasady włosów, mycie skóry głowy szamponem, spłukanie najpierw szamponu a później maski z olejem, serum na końcówki (i odżywka bez spłukiwania).

Po długim czasie używania olejów i masek na raz bałam się, że nowy system okaże się dla moich włosów niewystarczający. Jak to, takie suche, niedociążone, puszące się, i mam nie użyć oleju? Albo maski? Z drugiej strony olej stosowany co drugie mycie i maska wymieszana z olejem również co drugie to i tak sporo. Wiele osób poprawiło stan swoich włosów (czasem prawie tak wymagających jak moje) jeszcze mniej intensywną pielęgnacją. Po drugie, brak idealnego do potęgi efektu po złożeniu dwóch idealnych produktów nie dawał mi spokoju.

Efekty: 

Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że olej (nawet nałożony na sucho) zmyty maską Serical wystarcza w zupełności sprawiając, że włosy są śliskie, gładkie, błyszczące i dociążone praktycznie od momentu wyschnięcia. Natomiast maska z dodatkiem oleju dawała efekt końcowy w postaci szorstkości i spuszenia, który poprawiał się dopiero dobę po myciu, ale nawet wtedy nie było tak dobrze jak po samym oleju.

Drugi etap upraszczania:

Skoro okazało się, że sam olej działa idealnie a pamiętałam też, że tak działały niektóre maski i odżywki podczas pierwszych testów solo (dopiero w połączeniach zaczynało się robić gorzej) postanowiłam jeszcze bardziej uprościć mycie: używać raz oleju, a raz maski/odżywki ale już bez dodatku oleju, ewentualnie z innymi półproduktami. Przy drugiej wersji dołączyłam maskę Serical al Latte – wróciłam do klasycznego OMO, które towarzyszyło mi bardzo, bardzo długo zanim zaczęłam wprowadzać zmiany. Latte chroni długość przed szamponem i chociaż to samo mogłaby robić odżywcza maska, jak w poprzednich wersjach, wolałam tę prostszą, bo nadaje włosom śliskości na mokro i łatwiej je przeczesać palcami, dzięki czemu nakładałam mniej droższych masek i odżywek. 

Dopracowywanie szczegółów:

1. Odżywka bez spłukiwania. Skoro sama maska i sam olej potrafiły sprawdzać się tak świetnie (olej dawał cudowne efekty już wtedy, a bardzo dobre działanie masek solo pamiętałam z ich początkowych testów, sprzed włączania ich do złożonej pielęgnacji czy dodawania oleju), zaczęłam zastanawiać się nad sensem używania odżywki bez spłukiwania. Postanowiłam sprawdzić, czy użycie jej nie przerzuca efektów z powrotem na stronę „jest kiepsko, bo użyłam za dużo produktów na raz”. Z drugiej strony pamiętałam, że odżywka Ziaja Intensywne Wygładzanie potrafiła na moich przekarmionych jakimś zestawem kosmetyków włosach zadziałać tak, że pasma po wyschnięciu były jednak wyraźnie gładsze niż po tym samym zestawie bez Ziaji użytej na końcu. To bardzo dobrze świadczy o produkcie. Ale i stwarza zagrożenie tego, że będę zadowolona z końcowego efektu na włosach, a w rzeczywistości będzie to nadmiar zamaskowany odżywką bez spłukiwania. Jeśli miałoby tak być, wolałam zostać przy maksymalnie prostej pielęgnacji (idealne efekty) zamiast przesadzać z ilością produktów (spuszone, suche włosy) i ratować się na koniec odżywką (efekt znów w stronę „lepiej”).

Sprawdziłam kilka razy jak działa odżywka Ziaji użyta po myciu z różnymi maskami oraz z różnymi olejami. Na początku wydawało mi się, że po myciu maskowym odżywka b/s poprawia efekt, później przekonałam się, że jednak go pogarsza. W kwestii mycia olejowego, od początku wyraźnie widać było, że odżywka b/s puszy włosy i je matowi. Zrezygnowałam więc z niej kompletnie.

2. OMO czy sama odżywcza maska? Drugim elementem, któremu musiałam się bliżej przyjrzeć była maska Serical al Latte. Zabezpiecza długość podczas, gdy myję skórę głowy szamponem, lekko wygładza i nadaje włosom śliskości przez co łatwiej je przeczesywać na początku nakładania odżywczej maski. Ale czy bez niej nie byłoby lepiej? Dla gładszych po wyschnięciu włosów byłam gotowa zrezygnować z zabezpieczania długości przed szamponem (gęsta piana i tak nie spływa nawet do 1/4 długości włosów) i z ułatwionego przeczesywania pasm palcami podczas mycia. Porównałam OMO i efekt samej maski (również z kilkoma różnymi maskami). Podczas mycia pełne OMO dawało wspomniane poczucie większej śliskości włosów i miękkości wyczuwalnej nawet na mokro. Jednak po tym jak zdejmowałam z głowy koszulkę i nakładałam wcierkę, czyli w pierwszych momentach schnięcia, włosy po pełnym OMO wyglądały gorzej niż po samej masce, były wyraźnie bardziej spuszone (po użyciu samej maski puchu właściwie prawie nie było) a także mniej śliskie w dotyku. I tak było również przez pierwszy dzień po myciu – czyli w momencie, w którym włosy powinny wyglądać już dobrze – a także przez drugi dzień po myciu, czyli już w dzień następnego. Niestety umyte metodą OMO były po prostu spuszone, a kontrast ze stanem po samej masce był najlepiej widoczny podczas tych myć, kiedy dzieliłam włosy na połowy i na jedną nakładałam maskę Serical a na drugą nie. Nie było oczywiście tak źle jak po bardziej złożonych zabiegach. Ale o tyle o ile włosy po samej masce wyglądały zdecydowanie bardzo dobrze, po OMO zaledwie dobrze, albo nawet kiepsko. Okazało się, że stare, dobre, poczciwe OMO to dla moich włosów za dużo. Zanim zaczęłam eksperymentować i rozbudowywać pielęgnację stosowałam je bardzo, bardzo długo i wtedy włosy wyglądały… znośnie. To mi wystarczało, bo nie wiedziałam, że może być lepiej. Choć przy ustalaniu nowej pielęgnacji wydawało mi się, że jednak OMO jest lepsze niż sama maska, ostatecznie w lutym 2015 przekonałam się, że tak nie jest. Zawsze będę miała do tej metody ogromny sentyment ;) Ale od teraz maska Serical al Latte służy tylko do zmywania oleju. A z brakiem poślizgu podczas mycia z maską bez problemu sobie radzę.

Schemat mycia, wersja ostateczna:

1. Mycie z olejem (olej, maska Serical, szampon, serum): Olejowanie, nałożenie maski Serical na olej, mycie skóry głowy, spłukanie najpierw szamponu a później maski, serum na końcówki.
Czasem zamiast oleju używam olejowego serum w sprayu (woda + maska + olej) które albo zmywam maską Latte tak jak olej, albo tylko spłukuję.

albo

2. Mycie z maską (szampon, maska odżywcza, serum): mycie skóry głowy, spłukanie szamponu, nałożenie maski lub odżywki {z półproduktami}, spłukanie maski, serum na końcówki.

Przeplatam sposoby mycia w systemie 1:1.

Przy myciu z maską przerzuciłam mycie skóry głowy na sam początek: kiedyś najpierw nakładałam maskę na długość, potem myłam szamponem skórę głowy. Teraz, jako że piana i tak nie spływa po włosach i w zasadzie nie potrzebuję ochrony długości przed szamponem, najpierw myję skórę głowy a później nakładam maskę. Tak jest mi wygodniej, a poza tym mogę nałożyć nieco maski na włosy w okolicach skóry głowy, które dostają w ten sposób porcję odżywienia po szamponie.

Ważne są też trzy poziomy różnorodności.

Po pierwsze: raz olej, raz maska.
Po drugie: nie używam dwa razy tych samych produktów pod rząd, czyli pomimo tego, że na przykład dwa zastosowania maski oddziela nałożenie oleju, maska przed olejem jest inna niż maska po. (Schematycznie: maska A, olej A, maska B, olej B, maska A, olej A... i tak dalej.)
Po trzecie: oleje i maski zmieniam co miesiąc. Wracam do nich najwcześniej za miesiąc, optymalnie za dwa.

Tak oto przeszłam od dającego dobre efekty OMO, przez emulgowanie oleju ciężkimi maskami i dodawanie kolejnej jego porcji do tychże ciężkich masek – kierowana chęcią odżywienia i dociążenia włosów skończyłam z suchym sianem na głowie – do używania samej maski. A olej zmywam tak prosto, jak się da. I jest idealnie.

Olśnienie przyszło w momencie, w którym – po prawie pięciu latach pielęgnacji włosów i dwóch latach w blogosferze – spróbowałam wszystkiego (poza keratynowym prostowaniem). Inne dziewczyny chwaliły efekty masek z kilkoma kroplami oleju, u mnie łyżka na porcję maski nie dociążała włosów. O przenawilżeniu nie było mowy (właściwie nie było nawet mowy o nawilżeniu), choć kilka razy pod rząd robiłam to, co wielu innym osobom przenawilżało włosy po jednokrotnym użyciu. Z przerwami na testy nowości i eksperymenty, ale jednak przez rok olejowałam włosy jeśli nie co mycie, to bardzo często. I używałam ciężkich masek. Wciąż było źle. Dokładałam do pielęgnacji kolejne elementy licząc na to, że coś wreszcie dociąży, wygładzi i nawilży moje włosy a nie wiedziałam, że to właśnie bogata pielęgnacja powoduje ich zły wygląd. I chociaż cały czas wierzyłam w to, że kiedyś będę miała ładne włosy, momentami bałam się, że jednak zawsze będzie źle. Że moje włosy, jako wysokoporowate, suche z natury fale, będą zawsze wyglądały kiepsko, pomimo braku zniszczeń (poza enklawą końcówek) i intensywnej pielęgnacji. Wyjątkowy przypadek, nic się nie da zrobić. 

Po tym jak odkryłam polskie blogi czytałam u innych włosomaniaczek o świetnych efektach użycia oleju i maski albo maski i płukanki. Zaczęłam robić to samo, jednocześnie widząc coraz więcej przykładów wysokoporowatych włosów, które przy odpowiedniej pielęgnacji wyglądają cudownie. A moje – już cierpiące z powodu nadmiaru, czego wtedy nie wiedziałam – były takie niedociążone i tak bardzo się puszyły! Dołożyłam kolejne ciężkie, maskowo-olejowe elementy mycia. Powoli robiło się coraz gorzej. I wtedy, jakimś cudem, pomyślałam o tym, że przy pierwszych użyciach nowych masek (solo) miewałam śliskie włosy. Gładkie, dociążone tak, że aż proste, błyszczące, mięsiste w dotyku. Zupełnie jakby były niskoporowate. A później ten efekt się gubił. Wreszcie zauważyłam, że przy prostszej pielęgnacji moje włosy wyglądały lepiej niż przy skrajnie intensywnej. Na zdjęciach również to widać. Kiedyś pasma były dość gładkie a ja nie robiłam nic specjalnego (zdjęcie z grudnia 2012 na początku posta). Zaczęłam więc upraszczać mycie, przechodząc przez kilka opisanych wyżej etapów. I nagle, bardzo nagle, zrobiło się… idealnie. Już po jednym myciu spod zbyt ciężkiej pielęgnacji wyszły na światło dzienne zdrowe, dociążone, błyszczące włosy. Prosta pielęgnacja to jest to!

Zdjęcia już z okresu minimalizmu:
Marzec 2015:


Marzec 2015:


Marzec 2015:


Kwiecień 2015:


Kwiecień 2015:


Lipiec 2015:


Sierpień 2015:


Niezmiernie dziwi mnie to, że moje wysokoporowate fale potrzebują tak niewiele żeby wyglądać świetnie. Nawet kiedy wezmę pod uwagę fakt, że włosy nie są zniszczone, porowatość i fale sprawiają, że automatycznie myślę o intensywnej pielęgnacji. A jak myślałam, tak robiłam ;) Nie umiem też racjonalnie wytłumaczyć tego, że włosy po dużej dawce emolientów tak nieznośnie się puszyły i były suche w dotyku. Zrozumiałabym protest w postaci przeciążenia, ale suchość i puch? To mnie zmyliło, w dodatku na długie miesiące.

Zaczęłam prostą pielęgnację w grudniu 2014, dopracowałam ją w lutym 2015. Po siedmiu miesiącach z coraz mniejszą dozą nieśmiałości myślę, że znalazłam swoją optymalną pielęgnację. Że to jest to i od teraz będzie dobrze. Gładkie, dociążone włosy nie są świętem, wyjątkiem, trafionym połączeniem czterech bądź więcej elementów pielęgnacji, o którym kiedyś myślałam „dostatecznie ciężkie” i szukałam podobnych a teraz wiem, że było litościwie lekkie i pozwoliło włosom wyglądać dobrze. Nie muszę już zastanawiać się, w którym momencie mycia mogę dodać jeszcze porcję oleju, żeby wreszcie dociążyć włosy, i nie muszę już frustrować się ich wiecznie złym wyglądem pomimo zdrowia i intensywnej pielęgnacji, “a przecież próbowałam już wszystkiego”. Przecież innym dziewczynom o bardziej wymagających włosach jedna czwarta tego, co robiłam ja przyniosła fenomenalne efekty. Musiałam odkryć ekstremalną prostotę i wydobyć spod olejów i masek gładkie, dociążone i błyszczące włosy; chociaż wysokoporowate, to przecież zdrowe. Nawet w chwilach największej frustracji wierzyłam w to, że gdzieś musi być klucz do idealnej pielęgnacji. I jest, chociaż szukałam go idąc w zupełnie odwrotną stronę, bo wydawała się oczywista: wysokoporowate, suche włosy, czyli dużo emolientów, dużo nawilżania. Otóż nie. Sama maska z gliceryną wysoko w składzie użyta raz nawilża tak, że włosy są mięsiste w dotyku. A olej wystarcza nałożony co dwa mycia.

Ten wpis i krańcowo pogmatwany przypadek moich włosów świadczy o tym, że zawsze jest wyjście i każde włosy mogą wyglądać świetnie. Przy zniszczonych albo zaniedbanych sprawa jest w miarę oczywista, potrzeba nawilżania, olejowania, delikatnego obchodzenia się z włosami, najprawdopodobniej podcięć. Ale co z tymi włosomniaczkami, które robią wszystko, teoretycznie mają dobrze dobrane maski i oleje, pamiętają o nawilżaniu… a włosy wciąż wyglądają źle? Czytanie kolejnych wpisów o mniej typowych problemach nie pomaga. To nie nadmiar nierozpoznanych protein, nie wysuszający alkohol ukryty w często używanej masce, nie do tej pory nieznany potencjał włosów do falowania. Olśnienia bywają różne. Czasem jest to metoda pielęgnacji (technika mycia, wydobywanie skrętu, olejowanie na maskę), czasem produkt (naturalny, domowy, półprodukt), najczęściej potrzeba też czasu. U mnie zmiana przyszła natychmiast, bo wystarczyło zdrowych i zadbanych włosów nie przytłaczać nadmiarem produktów, ale właśnie: przedtem długo olejowałam włosy, nakładałam maski. Włosy były zdrowe. Efekt był, tylko ukryty. Trudność polegała na tym, żeby to zrozumieć a później znaleźć sposób na odkrycie tego ukrytego stanu włosów.

Wam też życzę odnalezienia swojej idealnej pielęgnacji i uzyskania jej efektów. Nie, nie zawsze będzie to krótka chwila i rewolucja. Możliwe, że znajdziecie maskę, która po jednym użyciu odmieni Wasze włosy (tak wygląda mój układ z Biovaxami). Możliwe, że odkryjecie metodę pielęgnacji, która po dwóch tygodniach da Wam pierwsze pozytywne efekty i prawie stuprocentową pewność, że za dwa miesiące będzie już świetnie, a za pół roku idealnie. Nieważne, czy będziecie powoli zmierzać w dobrym kierunku, czy nagle odkryjecie, że stoicie przed właściwymi drzwiami, jak ja. Ważne, żeby się udało. Musi się udać. Wiecie, jak mnie było trudno. Wystarczy spojrzeć na zdjęcia aktualizacyjne z drugiej połowy 2014 roku i pamiętać, że (poza przypadkami przeproteinowania) to są intensywnie pielęgnowane włosy. Wyobraźcie sobie moje poczucie bezsilności. A jednak teraz, wreszcie jest dobrze. U Was też będzie. Szukajcie w różnych kierunkach. Jest tyle do odkrycia! Rodzaje olejów, sposoby olejowania, rodzaje składników… Gdybym w marcu 2010, tuż po znalezieniu forum The Long Hair Community, albo nawet w grudniu 2012, po odkryciu polskich blogów, trafiła od razu na swoją idealną pielęgnację, nie nauczyłabym się prawie niczego. Tymczasem spróbowałam naprawdę wielu, wielu rzeczy z każdej kategorii zabiegów i produktów. Nie wszystkie sprawdziły się u mnie, ale posiadaną wiedzę mogę wykorzystać do pomocy Wam :) Podróż to połowa zabawy. Pamiętajcie o tym nawet w tych momentach, kiedy wydaje się Wam, że nie będzie dobrze.

A jeśli minimalizm się u Was nie sprawdza, polecam Wam wpis Kasi z bloga Kasia na Fali: Złożona pielęgnacja włosów. Moje przykładowe połączenia produktowe z "dawnych czasów" znajdziecie pod tymi etykietami: dzień dla włosów, eksperymenty i połączenia. Rozkwit mojej złożonej pielęgnacji to 2014 rok. I to wtedy moje włosy wyglądały najgorzej.

Komentarze

  1. Ja tez cos podobnego przeszłam w swoim zyciu, ze nie umialam dobrac do siebie kosmetykow i ladowalam strasznie duzo przeroznych produktow a efektu wow nie bylo. Czesciowo bylo to wynikiem wciaz podniszczonych wlosow jednak w glownej mierze niestety tego, ze nie umialam dobrac pielegnacji typowo pod siebie. Dlugo mi to zajelo, ale teraz juz wlasciwie wiem co sluzy moim wlosom i teraz inaczej je traktuje :) ale troche czasu mi zeszlo ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze, że masz coś swojego :) To jest jednak zupełnie inny etap, po moich włosach widać jak bardzo inny :D Odkrywanie a wreszcie właściwa pielegnacja, która stan włosów popycha ku lepszemu.

      Usuń
  2. Dotrwałam do końca :) wielka przemiana włosów :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gratuluję! Po opublikowaniu spojrzałam na ten post i trochę opadły mi ręce – kto to przeczyta?! ;)

      Usuń
    2. A ja doszłam do zdjęć ładnych włosów i odpuscilam dalsze czytanie, wybacz Henri :D ale włosy masz piękne teraz, uwielbiam je:) lubię oglądać zdjęcia u Ciebie na blogu:) cieszę się, że znalazłaś odpowiednią pielęgnację :)

      Usuń
    3. Wybaczam! :) I bardzo dziękuję :)

      Usuń
  3. Widać dobre podcięcie też swoje daje i zwykle nie ma co trzymać "witek".

    OdpowiedzUsuń
  4. Henri! Dzięki! Ja włosomaniaczką jestem dopiero od roku i odkąd zaczęłam bardziej świadomie dbać o włosy, przez większość czasu zbierałam komplementy od otoczenia. Aż nagle zaczęłam mieć więcej czasu i zaczęłam rozbudowywać pielęgnację - oleje, maski, półprodukty, nakładane dokładnie tak jak u Ciebie: tak często i dużo. A włosy coraz gorsze... I już od dwóch tygodni rozkminiałam, czy naprawdę moje włosy są z natury brzydkie i nie da się nic z nimi zrobić? Ale dlaczego w takim razie ludziom się podobały? I dokładnie tak samo myślałam o blogerkach osiągających lepsze efekty za pomocą mniejszej liczby produktów. Może one po prostu mają włosy, z którymi da się coś zrobić, a moje to beznadziejny przypadek? Do myślenia dało mi, gdy w podróży poślubnej nie miałam czasu na te wszystkie ceregiele i po prostu umyłam włosy jedynym "szamponem", który miałam - Facelle. Pomyślałam, że skoro już mam Męża, to mogę sobie raz pozwolić na jeszcze gorsze włosy :D A tu... następnego dnia były takie ładne, hihihi:)
    Muszę wypróbować minimalistyczną pielęgnację. Brzmi jak coś dla mnie :)
    Pozdrawiam i jeszcze raz dziękuję! Myślę że wpis przyda się wielu dziewczynom :)
    Aaa i przepraszam, jeśli to wszystko jest napisane trochę chaotycznie, ale taak się cieszę, że jest dla mnie jakaś nadzieja :D Dokładnie tak się cieszę, że przełamałam swoją niechęć do komentowania - Twojego bloga z przyjemnością czytam już długo, a do tej pory się nie odezwałam:)
    Kotopanda

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O rany! Masz słowo "panda" w pseudonimie, ja kocham pandy wielkie (czerwone z resztą też) na zabój!
      A teraz mogę jak cywilizowany człowiek przeczytać na spokojnie komentarz i odpowiedzieć :D

      Usuń
    2. Magia podróży poślubnych! (Moja poślubna była przed ślubem co prawda, ale traktowaliśmy ją jako poślubną :D) Wzięłam tylko maskę Ziaji oliwkową, bez oleju przed myciem, i też było wspaniale! Po jednej, samej masce. Tylko jakoś wtedy jeszcze nie załapałam, że to o to chodzi. Hej, dziewczyno, zostań przy tym. Nie zarzucaj włosów podwójnym olejem i maską po powrocie!
      Jeśli będziesz miała nastrój na odezwanie się, daj znać jak tam odkrywanie lądu minimalizmu :)

      Usuń
  5. Minimalizm przy moich zdrowych wysokoporowatych dobrze się sprawdza a różnorodność kończyła się sianem na głowie;( Popieram-czasami mniej znaczy więcej i nie warto kombinować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurczę. Nie jesteś pierwsza, już mi kilka osób powiedziało, że ma podobnie. Czyli nawet nie jestem wyjątkiem! Skąd mi się w takim razie wzięło to bzdurne przekonanie, że wysokoporowate włosy potrzebują dużo, bardzo dużo wszystkiego...? Uczepiłam się tego i nawet nie dopuszczałam myśli, że wysokoporowate włosy mogą potrzebować mało!
      Musimy chyba pisać takie rzeczy sobie :) Bo ile jest dziewczyn które piszą, że robią wszystko, oleje, maski, wszystko! A wlosy wciąż w rozsypce.

      Usuń
    2. Przeczytałam własny komentarz i w sumie źle napisałam. Moje przekonanie o ciężkiej pielęgnnacji nie jest wcale wzięte z kosmosu, jednak w wielu miejscach taką się zaleca. A już rozkwitła po tym jak Anwen zaczęła serię NIedziela dla Włosów. Także wszelkie znaki sugerowaly bogatą pielęgnację ;) Mam jakieś usprawiedliwienie na to, że ją zaczęłam. Ale za długo nie mogłam załapać, że to nie działa.

      Usuń
    3. no właśnie moje niedziele z czasów przed rozjaśnianiem często były takie właśnie minimalistyczne czyli np. tylko 1 maska i zawsze potem byłam krytykowana ze nie kombinuje ;)

      tak się zastanawiam jakie może być wytlumaczenie tego zjawiska i do glowy przychodza mi jeszcze dwie rzeczy poza rozchyleniem łusek o którym juz ktos napisał: 1. kumulacja humektantów/protein 2. niekompatybilność produktów, ale to już trochę naciągana teoria ;)

      Usuń
    4. Taaaak, pamiętam niejedną serię komentarzy że "nudno" :D To nic, że efekt dobry, najwyraźniej pielęgnacja ma być skomplikowana tylko po to, żeby nie było nudno :)

      A tak. Kumulacja składników na włosach jest tak prosta, że to może być właśnie to. Zwłaszcza, że ja swoim fundowałam szalone dawki wszystkiego, i humektantów, i protein, i emolientów. Niekompatybilności też bym nie odrzucała, bo w sumie bywały takie dni, że pomimo kilku warstw i porcji kosmetyków moje włosy wyglądały, powiedzmy, dobrze. A po innych połączeniach nie. Po większości, zdecydowanej, było źle, ale to nadal nie wyklucza tego, że właśnie większość produktów w połączeniu się po prostu nie sprawdza.

      Usuń
  6. Kiedyś też miałam takie suche włosy, twoje przeszły świetną przemianę;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Wow, że udało ci się do tego dojść...Po zdjęciach na początku postu faktycznie wydawałoby się, że włosy potrzebują bogatej pielęgnacji...tak jak moje do dziś. U mnie nie sprawdza się minimalizm, ale (tak jak ty) muszę mieszać produkty w kolejnych myciach. W każdym razie, gratulacje :) To spore osiągnięcie, odnaleźć swój sposób pielęgnacji. Ja nadal nie jestem pewna co do swojego, ale siedzę w tym dopiero rok ;) włosy nadal są zniszczone, więc myślę, że na razie inaczej nie mogę o nie dbać. Chociaż, kto wie, może wypróbuję to, co sprawdza się u ciebie. I koniecznie zajrzę do postów, o których pisałaś na samym końcu!
    Zapraszam też do mnie na śmieszny, krótki post o codziennych "metamorfozach" moich włosów ;) Również związany ściśle ze sposobem pielęgnacji.
    Pozdrawiam i życzę jeszcze lepszych efektów - choć i tak jak dla mnie masz już piękne włosy :)

    OdpowiedzUsuń
  8. moje całe życie są niedociązone i fruwajace i wysokoporowate i suche i nic im nie pomaga , myślałam ze cos sobie z tego posta wezme dla siebie , ale się pogubiłam :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A tak się starałam to ułożyć! :) Może same schematy mycia Ci pomogą? :)

      Usuń
  9. Myślę, że taka bardzo złożona pielęgnacja sprawdza się przede wszystkim na włosach zniszczonych np.: źle wykonaną trwałą, niewłaściwym farbowaniem, agresywnym rozjaśnianiem.
    Przejrzałam własne zapiski i w moim przypadku "full wypas" pielęgnacyjny działał najlepiej raz na tydzień lub półtora tygodnia przy opcji codziennego mycia włosów. OMO spisywało się świetnie pod jednym warunkiem: obydwa O są lekkie. Maska Seri miodowo-migdałowa stanowi wyjątek od reguły - po prostu jest doskonała pod każdym względem i mogę jej używać przed i po myciu. Nie obciąża.
    Do pewnych wniosków, podobnie jak Ty, doszłam metodą prób i błędów. Cały czas modyfikuję pielęgnację i na razie jest dobrze :)
    PS Uwielbiam Twoje długie, przemyślane posty. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I może tak właśnie jest. Pewnie nie zawsze, bo u Kasi z kasianafali złożona pielęgnacja działa, a Kasia ma zdrowe włosy. Ale może w większości ta zasada właśnie tak wygląda: na zniszczonych włosach bogata pielegnacja się sprawdzi. Na wymagających w inny sposób – bo suche, bo coś tam – niekoniecznie.

      Usuń
  10. Już od ponad dwóch lat pielęgnuję włosy i widzę coraz gorsze efekty- całkiem jak Ty. Również stosuję bardzo bogatą pielęgnację. Czytając ten post mam wrażenie, jakbym czytała o sobie- olej, mycie odżywką, maska z dodatkiem oleju, serum silikonowe a efekt mizerny, nic tylko puch! Muszę wypróbować tę minimalistyczną pielęgnację :) Może i ja zauważę poprawę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Daj znać jak efekty. Może okaże się, że skuteczność minimalizmu wcale nie jest takim wyjątkiem jak mi się wydaje.

      Usuń
  11. U mnie jest tak samo, czym więcej tym gorzej jedynie skóra głowy lubi różnorodność :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Widać każde włosy są inne, trzeba znaleźć na nie swój sposób, dowiedzieć się czego potrzebują. Twoje włosy przeszły taką zmianę, że wyglądają jak u dwóch różnych osób!
    A moje włosy póki co uwielbiają jak nakładam na nie dużo różnych rzeczy.... byle w małych ilościach, bo inaczej włosy przy głowie są przyklapnięte i wyglądają na tłuste, a końcówki postrzączkowane albo spuszone... albo jedno i drugie. Na moje kłaki, sięgające za talię wystarczy połowa saszetki biovax. Są gęste, ale bardzo cienkie i delikatne, łatwo je przeciążyć.

    OdpowiedzUsuń
  13. Hej! Co prawda masz włosy znacznie dłuższe od moich, ale wiem, że wciąż walczysz o ich przyrost. Więc myślę, że może mi poradzisz :)

    Otóż również zapuszczam włosy, do celu zostało mi ogólnie 10 cm, ale jako pierwszy cel wyznaczyłam sobie 5 cm. Zapuszczam je za biust. I nie wiem kompletnie, jak to przetrwać.

    Wiem, że to głupie, ale ciągle oglądam moje włosy i sprawdzam, czy już urosły, non stop zwracam na nie uwagę. Prawdopodobnie z tego powodu mam wrażenie, że stoją w miejscu. Mimo, iż obiektywnie nie mam wcale krótkich włosów, to trochę czuję się, jakbym była łysa, ponieważ wiem, jak to jest mieć w miarę długie włosy (sięgały prawie do talii, ale straciłam je wskutek feralnego cięcia). Jak Ty sobie z tym radzisz?

    Aby pomóc włosom rosnąć, łykam CP i wcieram wodę brzozową.

    Pozdrawia przyszła pani filolog, z tym, że germanistka ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałam tak. Co chwila sprawdzałam jak włosy wyglądają z tyłu, "czy urosły od śniadania":D i czy już wyglądają na długie. Nigdy nie wyglądały. Przez lata nie wyglądały, dla mnie zaczęły wyglądać na długie dopiero w okolicach 100 cm, tuż przed tym jak je ścięłam. Także wciąż mi czegoś brakowało.
      Żeby nie oszaleć, przez moment robiłam nawet zdjęcia i pomiary co 2 miesiace a nie co miesiąc. Na mniejszą skalę, pomogło mi upinanie. Stale nosiłam i noszę włosy związane, nie miałam kiedy patrzeć na to jak wyglądają :) Skupiłam sie też mocno na pielęgnacji. Ich wyglądem w ten sposób można dość łatwo sterować, coś się dzieje, widać postęp, coś się zmienia. Z długością nie da sie tego tak zauważyć.

      Po ścięciu, tym dużym z wiosny, gdzie cofnęłam się zza kości ogonowej do długości ledwo za talię, też tak skupiłam się na stanie włosów, że nie rozpaczałam jakoś bardzo nad tym, że są krótkie. A teraz szybko odrastają, bo na szczęście nie muszę ich podcinać aż tak często.

      Może u Ciebie takie odwracanie uwagi też zadziała? I fryzury! :)

      Usuń
    2. Na razie to zmierzyłam pasmo kontrolne i zapisałam pomiar i zobaczymy, jak to będzie wyglądało za miesiąc. Nigdy nie mierzyłam przyrostu, może przez to nie widziałam też efektów pielęgnacji. U mnie problemem jest też to, że zmagam się z powrotem do naturalnego koloru włosów, przez moje eksperymenty włosy szybko tracą formę. No i szczerze to nie widzę efektów mojej pielęgnacji, nawet wątpię w to, czy zabezpieczanie moich włosów cokolwiek pomaga. Też co chwilę sprawdzam, jak wyglądają z tyłu :D Jednak dopiero zrobienie ich zdjęcia otworzyło mi oczy na to, że ich stan jest naprawdę nieciekawy, końce sa wykruszone i podschodkowane. Patrząc w lustro, jakoś tego nie dostrzegałam.

      No i właśnie... obsesja na punkcie podcinania i równych końców również jest moją bolączką. Chyba za dużo oglądania na blogach włosów obciętych na równiutko. Próbowałam już schować nożyczki i zapomnieć, gdzie są, ale jak na złość, nie zapominałam...

      Usuń
    3. Znam to... Ja niby też podcinam włosy co 3 miesiące i wcześniej nie, ale na początku zdarzało mi się po takim spojrzeniu wlustro stracić cierpliwość i chociaż pół centymetra obciąć. Raz też (to bylo genialne) obcięłam końcówkę warkocza bo bylła sucha, nierówna, widać było, że włosy są pokruszone. Oczywiście po rozpuszczeniu miałam końcówki w kształcie poziomej litery S :D Nie wiem co mnie wtedy napadło, chyba nie mogłam już znieść widoku tych końcówek.

      Dużo Ci zostało tych partii włosów w najgorszym stanie? Ile musiałabyś podciąć, żeby może nie od razu się ich pozbyć ale chociaż dociąć się do takiego poziomu, że byłoby lepiej?

      Usuń
  14. Zazdroszczę (tak bardzo!) odnalezienia swojego idealnego planu pielęgnacyjnego!
    Ja również jestem posiadaczką wysokoporowatych, suchych, falowanych włosów i doszłam już do wniosku, że minimalizm też mi służy dużo bardziej niż złożona pielęgnacja, jednak w tym minimalizmie wciąż nie odnalazłam pewniaków pielęgnacyjnych. Twoja włosowa historia jest w sumie bardzo podobna do mojej, też używałam dużo za dużo, no bo przecież trzeba dociążyć to siano:D Włosy wyglądały najgorzej w trakcie najobfitszej pielęgnacji, a włosomaniczką jestem już 3 lata.

    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie to w sumie szczęście, w kwestii samych produktów. Pasują mi maski Biovax, a jest ich sporo, mam w czym wybierać :) Oleje sprawdzałam według listy wnikania, w dużej mierze się sprawdza :)

      Usuń
  15. A już myślałam, że tylko ja tak mam ;) Odkąd zaczęłam poważne włosomaniactwo, bad hair day nękają mnie częściej... Na szczęście niedawno przyszło opamiętanie i doszło do mnie, że minimalizm jest dla mnie. Jeszcze nie jest do końca dopracowany, dlatego Twój wpis jest dla mnie bardzo pomocny. Tylko mam kilka pytań... Niestety mam skalp przetłuszczający się więc włosy myję codziennie lub co 2 dni. Wszystkie maski kładę więc przed myciem włosów, wcierki również.
    - Zakładając, że myję włosy częściej codziennie, czy odżywkę przed [lub po] myciu powinnam używać za każdym razem? Czy miewasz takie dni, kiedy Twoja pielęgnacja opiera się na użyciu tylko szamponu?
    - Czy olej zawsze emulgujesz odżywką? Na początku nakładałam sam olej i potem myłam włosy, ale nie do końca wyczuwam czy mi tu służy... włosy bez odżywki chyba były trochę tępe, ale jeżeli mam to robić z odżywką - emulgować nią olej, czy dopiero po spłukaniu szamponu nałożyć jeszcze trochę odżywki? Wyjdzie na to samo, czy jest to jakaś różnica?
    Będę bardzo wdzięczna za odpowiedzi, dziękuję za przydatny artykuł i pozdrawiam :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja na samym szamponie nigdy nie kończę :) Nawet nie wiem co by się wtedy stało, bo jedyne mycia z samym szamponem były bardzo dawno, oczyszczające. Jak kiedyś wrócę do domu szalenie późno, pewnie sprobuję, z ciekawości, bo będzie okazja. Ale póki co zawsze pamiętam albo o nałożeniu oleju w środku dnia, albo o masce po myciu. Dlatego, że bardzo to lubię :) A efekt na włosach jest na tyle super, że nie czuję potrzeby sprawdzania co się stanie po samym szamponie, nie muszę szukać lepszej opcji.
      Ale przy codziennym myciu może być tak, że to dla włosów za dużo. Może moje też miałyby przesyt przy takim systemie. Możesz spróbować odpuścić maskę co drugie mycie, kilka razy chociaż. I zobaczyć, czy wtedy będzie lepiej i po tym myciu bez maski i po następnym z maską, czyli czy w trakcie przerwy i po niej włosy będą... szczęśliwsze ;) Albo może, dla łatwiejszego rozczesywania, zamień maskę przed myciem na nałożenie na moment lekkiej odżywki po?

      Do zmywania oleju nie używam szamponu, bo u mnie nałożenie szamponu na dlugość totalnie kasuje efekt olejowania. Lepiej by było, gdybym wcale nie olejowała włosów, gdybym musiała zmywać olej szamponem ;) Czyli na skórę głowy szampon, na długość (na olej) maska. Nakładam najpierw maskę na olej na długości, ona sobie spokojnie emulguje olej, ja w tym czasie nakładam szampon na resztę włosów, czyli na okolice skóry głowy. Spłukuję najpierw szampon, a potem maskę z długości.
      Jeśli nie do końca jasno to wszystko napisałam, dopytuj :)

      Usuń
  16. Cześć Henri,
    Nie jestem włosomaniaczką, trafiłam tu szukając fryzur i przeczytałam o problemach z bogatą pielęgnacją i puszeniem włosów. I wpadłam na pomysł dlaczego tak może być. Otóż, wydaje mi się, że włosy mogą być tak bardzo wysokoporowate, że pod ich łuski wchodzi dosłownie wszystko, nawet substancje wysokocząsteczkowe, mające w założeniu pozostać na powierzchni włosów. Co Ty na to? Pozdraiwam, Ania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie własnie brakuje sensownego wytłumaczenia na ten stan. Taka ilość wszystkiego powinna włosy dociążyć, obciążyć nawet, a tu co? Odwrotnie. Przemknęło mi przez głowę właśnie coś takiego: że może trzymając tyle produktów na głowie otwieram łuski włosów i sporo pod nie wchodzi, zostaje, rozchyla powierzchnię włosa. Jeśli coś takiego w ogóle jest możliwe, jeśli może w ogóle być tak, ze cząsteczki wchodzą pod łuskę włosa i zostaja w nadmiarze, to prawdopodobnie będzie właśnie odpowiedzią na tę zagadkę :)

      Usuń
  17. ech, skądś znam zabawy z nadmiarem produktów... gdy postanowiłam wrócić do naturalek i ostatni raz zafarbowałam włosy (na kolor zbliżony do odrostu), rzuciłam się w wir włosomaniactwa :D maski 2 już wcześniej miałam dobrze dobrane, oleju nadal szukam, ale juz z lepszymi efektami (rozpoznanie porowatości, hell yeah!), za to zafascynowały mnie zabawy z szamponami i sposobami na mycie włosów, wcierki, etc etc.

    po miesiącu wyszło na to, że delikatne szampony nie dla mnie, bo nie domywają, rycyna uczula, oliwa z oliwek nie podchodzi, kozieradka uczula i wywołała u mnie łupież, mycie odżywką powoduje przyklap stulecia, żel lniany za bardzo oblepia, żel aloesowy dodawany do płukania włosów puszy, a szczytem wszystkiego była reakcja uczuleniowa na szampon Alterry, który wcześniej nie uczulał.

    i tak oto, po ogarnięciu, że włosy mam na granicy niskiej i średniej porowatości, a skłonności alergiczne po mamusi, powróciłam do 2 sprawdzonych masek i mocniejszych szamponów (teraz przeciwłupieżowy, ale na półce stoi zakurzona i pogardzana ostatnio Pollena Eva). i mycia metodą OM - jedynego, które mnie nie przyklapuje. efekt - miękka, lśniąca i odbita od nasady grzywa, z końcówkami, które w ogóle się nie rozdwajają (ku zachwytowi trychologa :D)

    i żeby nie było, że wzmożona pielęgnacja miała same wady - poznałam swój typ włosów, odkryłam Cerkogel30 do peelingowania skóry głowy, fitokeratynę jako wzbogacacz masek (w sytuacji tęsknoty za proteinami) i mieszanki olejków Alterry :) oleju idealnego szukam nadal, ale chcę dać szansę kokosowi, który teraz ma szansę się sprawdzić i ostrożnie testuję Jantar (z niezłym skutkiem).

    niemniej - minimalizm i tylko minimalizm (ku radości mojego faceta, który bał się wchodzić do łazienki ;)

    OdpowiedzUsuń
  18. Bardzo ciekawy wpis i w ogole studium interesujacego zagadnienia!

    OdpowiedzUsuń
  19. Mnie włosomaniactwo wpędziło w ŁZS. Mamy podobne włosy,bo moje też nienawidzą bogatej pielęgnacji. A każdy olej powoduje u mnie puch :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz