Moja przygoda z proteinami

To kolejny post z cyklu moich rozliczeń z niedziałającymi produktami. Zbieram notatki, niektóre mają co najmniej dwa lata ;) Niedawno pisałam o siemieniu lnianym.

Historia mojego romansu z proteinami jest dość zawiła. Obecnie jesteśmy na etapie rozłąki, ale pomyślałam, że warto opublikować ten wpis. Proteiny potrafią zdziałać cuda, a wiele osób uważa, że ich włosy protein nie tolerują. Sama tak myślałam, byłam przekonana, że nie mogę używać ani odrobiny protein. Okazało się, że trzeba nauczyć się ich obsługi ;)

Początki: "moje włosy nie lubią protein"

Jakoś tak wyszło, że dość dawno temu przeproteinowałam włosy żelatyną (bo źle przygotowałam zabieg domowego laminowania) i uznałam, że moje włosy protein nie lubią, więc w planie pielęgnacji (który od wtedy całkowicie się zmienił) ustaliłam, że będę ich używała co dwa tygodnie. Na tyle często, żeby włosy ich trochę dostawały, bo teoretycznie potrzebują, a na tyle rzadko, żebym nie chodziła co kilka dni z sianem na głowie. Nie miałam pojęcia ani o tym, czego tak naprawdę moje włosy potrzebują, ani jak obchodzić się z samymi proteinami. Długo miałam w wersjach roboczych projekt posta z opisem hydrolizowanej keratyny oraz kolagenu i elastyny, który zaczynał się od słów "Moje włosy nie należą do tych zakochanych w proteinach..."

Etap odkrywania i zachwytu

Z czasem odkryłam, że protein potrzebuję do skrętu (którym przez pewien czas byłam mocno zainteresowana), zaczęłam je doceniać… ale nadal używałam ich raz na dwa tygodnie, za to tyle, że zawsze kończyło się to widocznym nadmiarem nawet, jeśli dobrze nawilżałam włosy przed myciem. Myślałam, że muszę je przeproteinować, żeby uzyskać wyraźny skręt. Cały czas zastanawiałam się jednak, czy to bezpieczne, nawet jeśli dzieje się dwa razy w miesiącu. Taka proteinowa terapia szokowa dawała efekty na dwa, trzy mycia. A efekty protein na moich włosach były świetne i nie chodzi tylko o skręt. Wyraźne fale (akurat oba przypadki po zabiegu laminowania Marion) możecie zobaczyć w dziewiątej oraz siódmej niedzieli dla włosów (same zdjęcia poniżej). Zawsze tworzę fale robiąc koczek na czubku głowy.




Podobne otrzymuję po dodaniu do dowolnej maski hydrolizowanego jedwabiu bądź keratyny. Uwielbiałam też jajeczną maskę Babuszki Agafii. Dodatkowo proteiny sprawiają, że włosy są bardziej puszyste i sprężyste, nie zbijają się w strączki. Jest ich wyraźnie więcej, wizualnie wypełniają się nawet końcówki, co widać szczególnie na zdjęciu z ósmej niedzieli dla włosów. Sklejenie to efekt nadmiaru serum, ale i tak widać, że końcówek jest wizualnie więcej.



A jeszcze wyraźniej widać to na zdjęciach z wrześniowego podcięcia. Poniższe zdjęcia zostały zrobione dzień po dniu. Na pierwszym dodatkowo je rozczesałam (do cięcia, zdjęcie jest już po podcięciu), co spuszyło końcówki tak, że stały się niewidoczne. Ale nawet bez szczotkowania przy braku protein wyglądały wtedy na rzadkie (to jeszcze czas przed wielkim cięciem). Proteiny potrafią je genialnie wizualnie zagęścić (puch niestety jest w pakiecie) – drugie zdjęcie, jak wspominałam, z kolejnego dnia.




Jeszcze jeden przykład tego jak końcówki wyglądają po dłuższym czasie bez protein. (Aktualizacja czerwcowa 2014):


Wpadłam więc w końcu na to, żeby zamiast terapii szokowej co dwa tygodnie, która kończy się przeproteinowaniem, używać protein w mniejszej ilości, ale regularnie. Nadmiar mogłam ukryć maską nawilżającą nałożoną po proteinowej. Nie widać go wtedy, a jednocześnie efekty – potencjał do falowania i większa objętość – są. Pisałam o tym w poście z czternastej niedzieli dla włosów. (Czy wszystkie ważne momenty mają miejsce w niedziele dla włosów? ;)) Ale jednak czułam, że lepiej nie doprowadzać do nadmiaru protein. Po drugie, chciałam mieć efekt trwający dłużej niż tylko kilka dni, nie chciałam czekać na kolejne planowe użycie protein żeby uzyskać fale. Wprowadziłam więc proteiny na zasadzie „mniej, ale często”. Okazało się, że optymalna częstotliwość to co drugie mycie, czyli jedno z proteinami, jedno bez. Po dwóch myciach bez protein z rzędu efekty znikają. Byłam tym odkryciem mocno zaskoczona. Zaczynałam z przekonaniem, że moje włosy protein nie znoszą! :)

Pod postem o czternastej niedzieli dla włosów Dorota poradziła mi, żebym po proteinach użyła emolientów. Dwa tygodnie później, w piętnastą niedzielę dla włosów odkryłam balans proteinowy. Wcześniej humektanty i emolienty przed myciem z proteinami (olejowanie na glicerynę, potem proteiny) nie sprawdzały się aż tak dobrze, maska emolientowa nałożona po proteinowej zachowywała podatność włosów na skręt ale nie likwidowała oznak przeproteinowania tak, jak odkryty nowy sposób. Czyli: olejowałam włosy jak zwykle przed myciem lub nakładałam glicerynę (o tym więcej za chwilę), humektantów dodawałam bezpośrednio do maski proteinowej (kilkanaście kropel gliceryny) a później nakładałam maskę emolientową lub emolientowo-humektantowa, z dodatkową porcją oleju. Oznak przeproteinowania nie było żadnych, nawet tuż po wyschnięciu włosów. Podatność na skręt zostawała. Plus blask i sprężystość. Hurra! Doszłam też do wniosku, że humektanty i emolienty nie maskują przeproteinowania. One do niego po prostu nie doprowadzają, więc nie muszę obawiać się tego, że używane zbyt często proteiny będą przesuszały moje włosy a ja nie będę tego widziała przez oleje i glicerynę.


Sposób z humektantami oraz emolientami przed i po proteinach sprawdzał się świetnie, chociaż proteiny musiałam kontrolować. Maska jajeczna Babuszki Agafii była idealna, ale na przykład Zabieg laminowania Marion Proste i gładkie włosy (niebieski) jest najwyraźniej bardziej proteinowy, bo włosy podczas schnięcia potrafiły być mocniej spuszone niż po połączeniu tych samych produktów z maską jajeczną. Efekt końcowy był niemal taki sam, tylko końcówki (jeszcze te stare, a teraz protein już nie używam) po Zabiegu Marion nie były pierwszego dnia po myciu aż tak gładkie i błyszczące. Rozwiązanie jest proste: zabieg laminowania mogłam mieszać z dowolną nieproteinową maską lub odżywką.

Przed zabiegiem proteinowym jak przed (wtedy) prawie każdym myciem olejowałam włosy. W ten sposób również zapobiegałam przeproteinowaniu. Żeby nie musieć emulgować oleju nałożonego na suche włosy, na wodę lub na wodę i glicerynę (musiałabym użyć maski Serical al Latte [bo jest prosta i tania] do emulgowania oleju, później nałożyć maskę proteinową a później jeszcze emolientową. Dwie to już dużo, nie chciałam używać trzech ze względów finansowych ;)) używałam olejowego serum w sprayu. Mogłam je po prostu spłukać bez emulgowania i na włosy niepokryte olejem nakładać proteiny. Czasem zamiast olejowego serum nakładałam na zwilżone wodą włosy glicerynę: zamiast emolientów dawałam włosom dodatkową porcję humektantów przez proteinami. Dlatego napisałam, że olejowałam włosy przed prawie każdym myciem ;)

Podczas szesnastej niedzieli dla włosów, po miesiącu używania protein w sposób odkryty podczas piętnastej (choć właściwie spa dla włosów urządzałam wtedy dosłownie co mycie, opisywałam tylko niedziele w serii Niedziela dla Włosów) próbowałam uprościć zabieg i emulgować olej nakładany tradycyjnie, nie jako serum (czyli na suche włosy albo na wodę i glicerynę) maską proteinową z dodatkiem humektantów, bez emolientów po, skoro były obecne na włosach jako emulsja maski i oleju jednocześnie z proteinami i humektantami. Z jednej strony bałam się, że brak emolientów na końcu poskutkuje powrotem przeproteinowania. Z drugiej podejrzewałam, że proteiny nałożone na olej mogą po prostu nie zadziałać, chociaż tu pamiętałam o tym, że olej i maska stworzą emulsję i olej nie odetnie proteinom drogi do włosa. Sprawdził się scenariusz numer dwa. Proteiny nie zadziałały na włosach pokrytych olejem. Końce nie były wizualnie pełne, włosy po nocnym koczku nie złapały skrętu, nie były mięsiste. Wróciłam więc do wersji ze spłukiwanym serum przed proteinami i maską emolientową po.

Czasem, zwłaszcza wtedy kiedy nie miałam czasu na mycie z nakładaniem dwóch masek, starałam się dostarczyć włosom odrobiny protein na inne sposoby: dodawałam półprodukty do olejowego serum, do maski – w małej ilości, tak, żebym nie musiała później stosować emolientowej. Planowałam też zakup proteinowych odżywek bez spłukiwania w postaci mgiełek (Lactimilk, Biovax).

Protein używałam częściej niż myślałam, że kiedykolwiek będę. Moje pierwsze spotkania z nimi (domowe laminowanie żelatyną i maska Biovax Keratyna+Jedwab) skończyły się źle i myślałam, że moje włosy ich po prostu nie lubią. Zdziwiłam się, kiedy okazało się że jest wręcz przeciwnie i wciąż bałam się częstych proteinowych zabiegów. Bardzo wiele osób skarży się na to, że ich włosy nie cierpią protein. Jeśli sprawdziłyście to na wiele sposobów, nie będę Was przekonywała, że się mylicie ;) Ale możliwe, że używacie zbyt mocnych protein (na przykład niebieskiego Laminowania Marion, maski Keratyna+Jedwab Biovax, domowego zabiegu żelatynowego) albo nieodpowiedniego typu (niektóre włosy nie lubią protein wielkocząsteczkowych, inne lubią hydrolizowany jedwab ale keratyny już nie i tak dalej) albo w nieodpowiedni sposób (bez humektantów i emolientów, lub w formie bez spłukiwania a może Wasze włosy wolą proteiny w spłukiwanej masce). Warto próbować z rodzajem i stężeniem protein, a także rodzajami aplikacji, bo efekty jakie dają są fantastyczne! Podkreślenie skrętu to jedno, nie wszystkim musi na tym zależeć. Ale objętość włosów, gładkość, sprężystość są super ;)

Najważniejsze jest chyba pamiętanie o balansie między trzema typami składników: emolientami, proteinami i humektantami. Nieświadomie nazwałam go u siebie balansem proteinowym, bo właśnie podczas nakładania protein przydaje mi się najbardziej. To taka wersja mikro, balans stosowany podczas jednego mycia. Jest jeszcze coś, co można nazwać makro-równowagą, czyli to jak często (o ile w ogóle) używamy danego typu składników, na przykład olejowanie dwa razy w tygodniu, proteiny raz na miesiąc. U mnie oznaczało to w skali mikro wszystko na raz ;) a w skali makro olejowanie i nawilżanie co mycie, proteiny co dwa, jeśli miałam czas. Wiem, że to może brzmieć skomplikowanie, ale tylko od strony teorii. W praktyce, przy próbach i obserwacjach, jest łatwiej! :) Warto próbować. Bardzo! Może się okazać, że szybciej niż ja i bez zagłębiania się w szczegóły odkryjecie Wasz idealny proteinowy układ.

Moje ulubione proteinowe produkty (byłe! :))

Maski:
Receptury Babuszki Agafii maska jajeczna, Zabieg Laminowania Marion Proste i Gładkie włosy (niebieski), L'Biotica Biovax Keratyna+Jedwab

Półprodukty dodawane do nie-proteinowych masek (płukanki są za silne), w ilości mniej więcej 6 kropli na porcję około 40 ml maski:
kolagen i elastyna, hydrolizowany jedwab, hydrolizowana keratyna

Etap rozstania

W pewnym momencie odkryłam, że moim włosom służy prosta pielęgnacja. Po samej masce albo samym oleju są śliskie, dociążone i gładkie. Minimalnie bardziej skomplikowany zabieg kończy się puchem, lekkością i przesuszeniem. W takim układzie nie mogłam używać mojego balansu proteinowego, bo wymaga on użycia dwóch masek podczas jednego mycia. Spróbowałam uprościć zabieg proteinowy i dodać maskę proteinową do nawilżającej (w proporcji 4:6). Okazało się, że protein jest za mało by zadziałały pozytywnie (zagęszczając wizualnie końcówki i podkreślając skręt włosów) ale wystarczająco dużo, by przesuszyć wrażliwe końce. Dodanie humektantów czy emolientów by zniwelować ten efekt komplikowałoby pielęgnację i byłby to powrót do suchych, lekkich włosów.

Powiązany z tym wpisem jest post o odżywkach Nivea, które najpierw kochałam szalenie, a teraz romans się skończył. To po ich użyciu (po przerwie, kiedy już pozbyłam się starych partii włosów i odkryłam optymalną pielęgnację) doszłam do wniosku, że proteiny mi właściwie szkodzą.  Przesuszają włosy pomimo humektantów i emolientów. Kiedyś myślałam, że po ich użyciu mam maksymalnie gładkie włosy. Teraz wiem, że może być o wiele lepiej, a tamten maksymalnie dobry stan w porównaniu do obecnego najlepszego jest wręcz kiepski. Gdyby zależało mi na skręcie, może szukałabym dalej optymalnego balansu, albo poświęcałabym nawilżenie dla fal. Ale obecnie nie dążę do uzyskiwania trwałych i wyraźnych fal na włosach, więc całkowicie odpuszczam proteiny. Używam tylko czasem masek z ich zawartością ale tak niewielką, że te produkty wcale nie działają jak proteinowe. I nie to jest moim celem. Innymi słowy: używam ich bo działają świetnie jako maski emolientowe czy humektantowe. Obecność protein na liście składników jest przypadkiem i nie widać jej w praktyce.

Komentarze

  1. Kiedy pierwszy raz zaczęłam stosować proteiny podczas swojego pierwszego włosomaniaczego zrywu, gdzieś na początku liceum, nie miałam pojęcia, że stosuję proteiny XD ani trochę nie zagłębiałam się w funkcję konkretnych składników, działały dobrze to działały... Mam włosy proste jak druty i trochę fal nad karkiem, ale proteiny nie mają żadnego wpływu na to czy lepiej trzymają skręt czy nie. Moja ukochana odżywka ma w składzie trochę protein, stosuję czasem maski proteinowe, nieważne co nakładam i czym utrwalam włosy prostują mi się po godzinie i wyglądają jakby przeżuł je pies.
    A moje włosy lubią chyba wszystko przed myciem i wszystko, ale w małej ilości po myciu bo inaczej ląduje z przychlastem jak dzisiaj heh XD.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja kiedyś też totalnie nie mialam pojecia co robię. Albo same silikony (Gliss Kur), albo olej kokosowy, albo coś z masłem shea, z alkoholem... Same cuda, nic tylko pogratulować :D

      Usuń
    2. Dokładnie, cuda niewidy :D Pamiętam jak ciągle nakładałam na głowę całą miskę, która ma koło 400-500ml maski na bazie oliwy z oliwek i oleju rycynowego, w to cytryna, miód i całe jajo, same dobroci. Szkoda, że w takich ilościach nie byłam w stanie tego spokojnie domyć - nie było mowy o emulgowaniu odżywką, co to emulgowanie, pierwsze słyszę? - siedziałam z tym jakieś trzy godziny, kapało mi to z głowy... a potem myłam to sławnym, babydreamem, który zdecydowanie mi nie służył, trzy razy bo inaczej nie szło :D Odżywki brak.

      Usuń
    3. O jajko i rycyna koniecznie muszą być. No przecież na pewno na moich wysokoporowatych włosach będzie cudownie. Na pewno. Jeszcze lepsze było uparte trwanie przy cassii, co miesiąc, a przesuszała jak nic innego. Czasem myślałam, że jak zgniotę włosy w dłoni to się pokruszą. Ale przecież cassia jest dobra! Odżywia, wzmacnia! Także nakładamy! A na przesusz po - kokos. Wspaniałości!

      Usuń
    4. Henny nigdy nie próbowałam. Za to w gimnazjum miałam przygody z blond refleksami i namiętnym farbowaniem na brąz szamponetkami, więc jak przestało mi odbijać to katowałam włosy farbami w odcieniu ciemny blond żeby wyrównać kolor i wrócić do swojego, bo rudy wżarł się na amen, ale po tygodniu wszystkie rudości wychodziły na nowo, a włosy przecież zapuszczałam, nie podcinając.
      Ale nawet pokrzywę piłam!

      Usuń
  2. Na początku postu wspomniałaś o nieudanym zabiegu laminowania- czy masz może jakiś konkretny sposób na żelatynkę? Stosowałam już czterokrotnie zabieg laminowania żelatyną, za każdym razem wyglądał tak samo, a tylko po pierwszym podejściu dał efekt gładkich i sypkich włosów :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja wtedy żelatyny użyłam solo i to było zdecydowanie za dużo. Później nie próbowałam. Ale też mam z niektórymi rzeczami tak, że za pierwszym razem jest fenomenalnie (siemię lniane!) a potem juz nie. I nie wiem co z tym zrobić.

      Usuń
    2. A jakie miałyście wtedy włosy przy pierwszym laminowaniu/siemieniu? Czy teraz są w dużo lepszym stanie? Bo u mnie na początku włosomaniactwa (włosy do łopatek,wysuszone,pocieniowane,zniszczone na całej długości prostownicą,kruszące się,wysokoporowate) za pierwszym użyciem żelatyna zadziałała ok (włosy proste bez odgniecień nawet po nocnym kucyku, gładkie, sypkie), a potem w miarę jak stan włosów się diametralnie zmienił to nie robiła już dosłownie nic. Treaz moje włosy kochają hydr. jedwab i ogólnie małe cząsteczki, jednak najmniejsze aminokwasy już nie.A Azime używałaś zawsze tej samej odzywki/maski do mieszanki? Może to też wpłynęło na efekt

      Usuń
    3. Moje wtedy były z gorszym stanie. Nie zniszczone (poza końcami) ale zaniedbane. Ale żelatyna nadal kiepsko działa (w Laminowaniu Marion) – przeproteinowuje bardzo wyraźnie.

      Usuń
  3. Masz rację, to brzmi strasznie skomplikowanie! ;) Ja na razie zapomniałam o proteinach, ale włosy nie narzekają.
    P.S. Ten Twój post o minimalizmie bardzo mi pomógł, dziękuję :) Prostota była strzał w dziesiątkę ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooo, cieszę się! Muszę go w końcu oficjalnie opublikować :D Jeszcze tylko parę poprawek.

      Usuń
    2. Publikuj, chętnie go jeszcze poczytam! :)

      Usuń
    3. Jest na liście na najbliższy czas. Tylko staram się nie publikować kilku wielkich postów pod rząd, bo wszyscy zasną w połowie czytania :D Ale wszystkie posty o nowej pielęgnacji są gotowe, także będą wyskakiwały :)

      Usuń
  4. Ja przestałam szukać słynnej równowagi w składnikach. I tak tego nie potrafiłam. Stosuję to, co mi pomaga, a jesli przestaje...to szukam czegoś innego. Z resztą moje włosy na wszystko reagują podobnie. Albo wyglądają "jak zwykle" albo "trochę gorzej :)

    OdpowiedzUsuń
  5. mi własnie zalezy na wydobyciu na nowo skrętu, wiec trzeba bedzie pobawic się proteinami w takim razie ;D na szczescie moje wlosy reaguja normalnie na wszystko co im dawkuje ;D

    OdpowiedzUsuń
  6. U mnie muszę bardzo delikatnie dawkować proteinki - jak chyba większość z nas :)

    OdpowiedzUsuń
  7. falowane wygladają o wiele lepiej niz te ni-to-proste , więc może jednak?

    OdpowiedzUsuń
  8. Coraz więcej osób doradza ci stylizacje :) cos w tym musi być.
    Czytałam twój wpis o stylizowanych falach i myśle ze mogłabyś spróbować innej metody. Plunking nie zawsze sie sprawdza, ja osobiście mam po nim bałagan i strąki.
    Polecam wpis u Czarownicujacej o technikach stylizacji fal, a także poczytanie o metodzie Super Soaker.
    Ze pozwolę sobie zacytować z Wizażu : Henri uwzięła sie jak osiołek czesać włosy (...) pokazuje co miesiąc rozczesanie fale które aż proszą sie o żel /piankę i ugniatanie, i przede wszystkim czesanie na mokro.
    I ten ; Zrobiła krok milowy z tym cięciem. Teraz jeszcze tylko stylizacja i mamy piękne falowance.
    Pozdrawiam serdecznie, Paulownia.

    OdpowiedzUsuń
  9. Przestałam szukać równowagi humektantowo-proteinowo-emolientowej. Znudziło mi się zwyczajnie. Według wszystkich znaków na niebie i ziemi składnik "x" powinien zadziałać a w praktyce nie zadziałał albo zadziałał negatywnie. Zmęczyłam się.
    W kwestii protein wiem, że mleczne moim włosom szkodzą. Maska czekoladowa Kallos - będę jej używała chyba do śmierci - ze śladowymi ilościami jest w zasadzie obojętna. Zużyje ją do końca tylko ze względu na zapach jako pierwsze O. Po odżywce z keratyną z Joanny włosy są dociążone i mięsiste. Zobaczymy czy ten stan utrzyma się dłużej.
    PS Ostatnio przestałam lubić te wielkie słoje masek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też właśnie. Kupiłam duże Biovaxy, potem zaczęłam używać maski co 2 mycie a nie co każde i teraz nie wiem czy zdążę je zużyć przed datą :) Chyba zacznę małe kupować i już :)

      Usuń
    2. Ja jej nigdy nie szukałam ale mam o tyle dobrze, że moje włosy są baardzo śliskie,miękkie i gładkie nawet po samym "rypaczu", a kosmetyki typu maski/odzywki/płukanki w najgorszym wypadku nie zostawiają po sobie żadnego efektu. Także właściwie takiej równowagi szukać nie mam po co :)

      Usuń
  10. Widzę, że obsługa protein, jak i u mnie, oswajana metodą prób i błędów. No, ale post pewnie przyda się wieeeeelu osobom do regeneracji po lecie...

    OdpowiedzUsuń
  11. Rezygnując z protein wcale nie trzeba rezygnować z fal, proteiny to jedne, które mogą wzmocnić skręt, ale nie jedyne. U mnie po dobranym nawilżaczu, którym jest d-pantenol też lepiej falują, po odpowiednim oleju w maskach również skręt jest podbity, więc nie tylko proteiny wpływają na skręt włosów i nie są wcale kluczowe w osiągnięciu skrętu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooo, u mnie nawilżone włosy są proste totalnie :D Ale za to mam jeden olej który zamiast wygładzania powinien własnie podbić skręt, także zobaczymy!

      Usuń

Prześlij komentarz