Osiem sposobów na siemię lniane

W ramach wielkiej akcji „nawilżanie” zaczęłam w 2013 roku używać siemienia lnianego. (Relację z trzymiesięcznej kuracji wewnętrznej znajdziecie tutaj.) Pierwsze wrażenie – nie miałam pojęcia, że żel jest naprawdę aż tak gęsty!

Zależnie od typu włosów żel lniany działa bardzo różnie. Ważne też są osobiste preferencje. (Szukamy nawilżenia czy usztywnienia? Objętości czy dociążenia? Żel potrafi dać wszystkie te rzeczy ;)) Wiem, że są osoby, u których płukanka lniana sprawdza się kiepsko a żel jako dodatek do maski świetnie i odwrotnie. Ale jeśli działanie żelu lnianego na włosy zależy od porowatości czy stanu włosów (moje są zdrowe, wysokoporowate, albo prawie-średnioporowate ;)), to ten wpis nadal może być dla Was wskazówką. Dlatego zamieszczam go, chociaż sama z żelem lnianym ostatecznie i nieodwołalnie po dwóch latach prób się rozstaję. Może podsunie komuś pomysł na użycie ziarenek lnu. A ja będę miała zachowane notatki, od tych z 2013 roku do najnowszych.

Przygotowanie:

Opcja 1 – żel na zapas. Zagotować 2 łyżki siemienia w 1.5 szklanki wody. Mieszać przez 15 minut wrzenia mikstury. Odcedzić żel kiedy jest jeszcze gorący przy użyciu sitka do herbaty.

Opcja 2 – żel na raz (na płukankę): Gotować 2 płaskie łyżeczki siemienia w szklance wody. Częściowo mieszać przez 15 minut wrzenia, częściowo kłaść na garnek pokrywkę, żeby nie odparowało zbyt dużo wody. Po odcedzeniu (również na ciepło) zostaje 1/5 szklanki żelu. Dopełnić żel 1 i 1/5 szklanki wody, zrobić płukankę.
Opcja 3 – bez gotowania, do maski: Zalać pól szklanki ziarenek gorącą wodą tak, żeby były przykryte. Kiedy puszczą żel zblendować je i odcedzić przez skarpetkę. (Co jest proste wyłącznie w teorii, więcej szczegółów w punkcie II.4 ;))

Poniżej, w danych punktach zaznaczyłam sposób przygotowania żelu. W wielu przypadkach do tego dochodzi później rozcieńczanie, również opisane.


Kiedy nie wiedziałam, że moje włosy go nie cierpią, dodawałam jeszcze sok aloesowy w proporcji mniej więcej 1:1. (Był to albo sok spożywczy albo 10x zatężony z ZSK ale wcześniej rozcieńczony do naturalnego stężenia.) Do wymieszania soku z gęstym żelem używałam blendera. Do porcji "na zapas" dodawałam też 10 kropli konserwantu (FEOG), bo wychodziło tego sporo. Trzymałam żel albo w plastikowym słoiczku albo w butelce. (Nie ze sprayem, bo żel w tej postaci jest stanowczo zbyt gęsty żeby nakładać go jako mgiełkę.)


I. Żel lniany z aloesem

1. Mgiełka z siemienia lnianego z aloesem nałożona na suche włosy przed myciem (przygotowanie: opcja 1, plus sok aloesowy 1:1)

Żel nałożyłam na suche włosy na całą noc, rano umyłam skórę głowy a długość spłukałam. Włosy schły niewiele dłużej niż zazwyczaj. Co ciekawe, były trudne do rozczesania i skrzypiące, ale nie tak samo jak wtedy, kiedy są po oczyszczaniu, bo po żelu z siemienia lnianego nie były suche a jedynie sztywne. Po wyschnięciu miały sporą objętość, właśnie ze względu na sztywność. Zazwyczaj kiedy moich włosów jest wizualnie więcej to niestety przez suchość (na przykład po cassii.) Tutaj była to po prostu sztywność. Większego blasku czy nawilżenia nie było jednak widać. Efekt różnił się od „włosów bez odżywki” tylko brakiem napuszenia właśnie i większą sztywnością włosów.

W każdym razie objętość (nawet taka bez napuszenia) i usztywnienie nie są tym, do czego dążę, więc związałam włosy w wygładzający kucyk na jakiś czas. Po rozpuszczeniu niestety nic się nie zmieniło. Nadal miałam lekko sztywne włosy o podwojonej objętości.

Nałożyłam więc na nie trochę żelu. Czytałam, że wiele włosomaniaczek używa mgiełki z siemienia jako nawilżającej odżywki b/s na suche włosy pomiędzy jednym a drugim myciem a efekty są cudowne. U mnie skończyło się jeszcze większym usztywnieniem włosów i zmniejszeniem blasku.

Problem polegał na tym, że wtedy jeszcze nie wiedziałam, że moje włosy aloesu w większości form nie tolerują.

2. Płukanka z siemienia lnianego z aloesem (przygotowanie: opcja 1, plus sok aloesowy 1:1)

To ta sama mikstura co mgiełka (czyli połowa żelu i połowa soku z aloesu), ale rozcieńczałam ją jeszcze w proporcjach 1:3 z wodą. Pierwszy raz użyłam płukanki po tym jak w trakcie poprzedniego mycia nie domyła się oliwka Johnson’s baby, więc najpierw umyłam długość włosów odżywką Mrs Potters Ginko Biloba i Keratyna, spłukałam, umyłam skórę głowy i użyłam płukanki z siemienia i aloesu. Włosy były błyszczące i bardzo gładkie, i wizualnie i w dotyku. Nie wiedziałam w jakim stopniu była to zasługa odżywki a w jakim płukanki, więc próbowałam dalej.

Próba 2: bez odżywek. Tym razem nie nakładałam na włosy żadnej odżywki. Do około 70 ml żelu z siemienia z aloesem dolałam 3-4 razy tyle wody i spłukałam włosy. Zaraz po wyschnięciu były suche i lekko sztywniejsze niż zwykle. Po jakimś czasie w dotyku zrobiły się niesamowicie gładkie, prawie jak szkło. Wiem dobrze jakie w dotyku są włosy niskoporowate, idealnie proste i po płukance z siemienia lnianego moje włosy sprawiały wrażenie niskoporowatych. Nigdy wcześniej nie udało mi się osiągnąć tak magicznego efektu. (Teraz potrafię go uzyskać na kilka sposobów.) Za to wizualnie było średnio, wyglądały tylko na minimalnie bardziej gładkie niż zazwyczaj. Ale i tak jestem niesamowicie zadowolona z efektu niskoporowatych włosów. Udało mi się go uchwycić na poniższym zdjęciu.


Płukankę w tej wersji często powtarzałam... i już nigdy nie dała tych samych efektów. Za pierwszym razem musiało się do nich przyczynić coś innego, zapewne produkty, których używałam podczas kilku poprzednich myć. Co więcej, jak już wspominałam w międzyczasie odkryłam, że moje włosy nie cierpią aloesu ani w gotowych maskach czy odżywkach ani jako półproduktu. Kolejne płukanki nie dawały efektu niskoporowatych włosów, a powodowały wręcz matowość i puch.

3. Maska z siemienia lnianego z aloesem (przygotowanie: opcja 1, plus sok aloesowy 1:1)

To znów ta sama mikstura co mgiełka (również bez rozcieńczania), ale nałożyłam ją na mokre włosy i trzymałam pół godziny. Podczas płukania włosy sprawiały wrażenie gładkich. Dzień po myciu było dobrze – włosy były gładkie (chociaż bardziej w dotyku niż z wyglądu, znów) a jako dodatek dostałam podkreślone fale :) Ale efektom maski bardzo, bardzo daleko do płukanki. Nie jest na tyle dobrze, żeby warto było powtarzać ten zabieg.

II. Siemię bez aloesu

4. Maska według pomysłu z czeszesie.pl (przygotowanie: opcja 3, ze zblendowanymi ziarenkami): zgodnie z instrukcją zalałam pół szklanki ziarenek gorącą wodą tak, żeby je przykryła. Kiedy puściły żel, zblendowałam wszystko i zabrałam się za odcedzanie (założyłam skarpetkę na szklankę, do zagłębienia nakładałam trochę żelu i wyciskałam przez skarpetkę do miseczki). I tu nastąpił koniec świata. Żel za nic nie chciał dać się przecisnąć przez skarpetkę. Za nic. Dodałam gorącej wody, ale niewiele to dało. Dopiero, kiedy dolałam tyle wody, że miałam około litra żelu (!) mogłam z trudem przecisnąć go przez skarpetkę. Może czekałam za długo i żel był za zimny? Miał temperaturę pokojową, kiedy zaczęłam go odcedzać. Z drugiej strony, kiedy dolałam wody był tak gorący, że parzył dłonie a i tak trudno było wycisnąć go ze skarpetki, więc odcedzanie zaczęte wcześniej, na gorąco, i tak nie byłoby możliwe.

Żel nałożyłam na włosy i zostawiłam na 30 minut. Efekt: dość wyraźne wygładzenie i nawilżenie, ale jednak do rezultatów po pierwszej płukance z aloesem daleko. To (i trudność w przygotowaniu) sprawiło, że postanowiłam nie próbować dalej. Na początku zastanawiałam się nad nałożeniem na włosy całości, czyli żelu i zblendowanych ziarenek bez odcedzania. W końcu żel jest na tyle śliski, że ziarenka powinny się wypłukać. Ale jest niewielka szansa na to, że taka wersja maski zadziała lepiej niż ta z odcedzonymi ziarenkami. Prędzej skończę z pokruszonym siemieniem lnianym we włosach;) Postanowiłam więc nie wracać do maski z siemienia. Skoro nie zadziałał żel z aloesem ani żel z odcedzonymi, zblendowanymi ziarenkami, uznałam, że nie będę testowała działania samego żelu, bez dodatków, jako maski, ani maski ze zblendowanymi ziarenkami.

5. Płukanka z siemienia lnianego (czysty żel): (przygotowanie: opcja 1) czyli znów ugotowałam 2 łyżki siemienia z 1.5 szklanki wody (15 minut) i odcedziłam. Tym razem nie dodawałam soku z aloesu, trzymałam gęsty żel w lodówce i rozcieńczałam go później zależnie od tego czy miała to być maska czy płukanka albo mgiełka. W ten sposób łatwiej mi kontrolować stężenie.

Przygotowałam w kuchni żel z wodą w stężeniu 1:8 jednak kiedy odciskałam włosy uznałam, że jest na nich tyle żelu, że prawdopodobnie wyschną sklejone. Dolałam wody, zmieniając stężenie na 1:10. Znów otrzymałam efekt niewiarygodnie gładkich w dotyku włosów, zupełnie jakby były niskoporowate, ale tym razem nieco słabszy, za to wizualnie włosy były bardzo gładkie i wyraźnie dociążone. To jest sposób używania żelu z siemienia lnianego, do którego wracałam najczęściej. Płukanka w stężeniu 1:11. I, co ciekawe, bywało różnie. Czasem efekty są zadowalające, mam śliskie w dotyku, gładkie i dociążone włosy. A czasem płukanka nie daje prawie nic. Jeśli jest zbyt gęsta, zostawia włosy lekko szorstkie i sztywne. Za gęsta to stężenie 1:10 i mniej, przy czym zaznaczam, że używam 1.5 szklanki wody na 2 łyżki ziarenek i gotuję całość 15 minut od momentu wrzenia. Początkowa ilość wody i czas gotowania czyli parowania ma znaczenie dla końcowej gęstości żelu który później rozcieńczam. Optymalne stężenie płukanki to 1:11 lub 1:12. Ale obecnie nawet najlepsze efekty płukanki lnianej nie mogą się równać z tymi początkowymi. I jestem pewna, że nie chodzi o moje zwiększone oczekiwania, to nie tak że włosy są śliskie ale ja tego aż tak nie doceniam. One po prostu nie są już tak śliskie jak były w 2013 i 2014. Nie mam pojęcia dlaczego. Dobrze, że znam już inne sposoby na śliskie włosy, więc zmiana działania siemienia lnianego nie jest wielką stratą.

6. Żel jako dodatek do maski: jako maska, czysty żel i żel odcedzony po zblendowaniu ziarenek działały podobnie, więc do tego eksperymentu wybrałam wersję, która jest łatwiejsza w przygotowaniu, czyli czysty żel zrobiony według przepisu z punktu 5 (opcja 1).

Na połowę włosów nałożyłam samą maskę Bingo Spa Shea i 5 alg, a na drugą tę samą maskę zmieszaną z żelem z siemienia lnianego w proporcjach 2:1 (więcej maski). Wyszło tak, jak się spodziewałam: włosy po samej masce Bingo Spa były miękkie, błyszczące, bardzo gładkie w dotyku a także z wyglądu. Super! A połowa, która dostała siemię lniane, była nieco sztywniejsza, napuszona. Zamiast nawilżenia dostałam usztywnienie, puch i matowość.

7. Żel lniany pod olej: (przygotowanie: opcja 1) czysty żel z siemienia lnianego rozcieńczyłam w proporcji 1:4 z wodą. Użyłam organicznego oleju słonecznikowego. Tu z kolei było świetnie. Po wyschnięciu włosy były gładkie i dociążone, ale bez utraty objętości.

8. Mgiełka jako odżywka b/s na suche włosy: (przygotowanie: opcja 1) mgiełki używam w takim samym stężeniu co płukanki (maksymalnie 1:10, najlepiej 1:11) i gdybym nałożyła ją na mokre włosy, byłoby to właściwie to samo. Dlatego postanowiłam dać włosom wyschnąć i dopiero wtedy użyć mgiełki. Cel misji: znalezienie czegoś, co wygładzi i nawilży włosy między myciami, z naciskiem na nawilżenie.

Nie odpowiada mi sposób nakładania mgiełki. Jest za gęsta żeby się rozpylić i porcja trafia w jedno miejsce na włosach, a za rzadka żeby nałożyć ja najpierw na dłonie a później na włosy. Jeśli chodzi o działanie, mgiełka zmiękcza włosy, wygładza je w dotyku – pojawia się efekt niskoporowatych włosów taki jak przy użyciu płukanki, ale dużo słabszy.

Ściąga z moich ulubionych przepisów na siemię lniane

Gdzieniegdzie zmieniłam z czasem ilości, bo na przykład maska powinna być bardziej gęsta. Tu są podane najnowsze proporcje, po jeszcze większej liczbie testów. Do każdej wersji można dodać aloes bądź inne dowolne półprodukty. Stężony nie powinien nawet zmieniać proporcji wody/aloesu i żelu z siemienia, bo to tylko kilka kropli. Pomimo tego, że aloesowo-lniana płukanka zadziałała fenomenalnie tylko raz, zachowałam ten przepis w ulubionych.

Płukanka, mgiełka b/s: 1.5 szklanki wody, 2 łyżki siemienia, gotować 15 minut, odcedzić na gorąco, rozcieńczyć w proporcji 1:11 z wodą.

Płukanka z aloesem: 1.5 szklanki wody, 2 łyżki siemienia, gotować 15 minut, odcedzić na gorąco, rozcieńczyć 1:1 z sokiem aloesowym (nie stężonym), tuż przed użyciem rozcieńczyć jeszcze 1:3 albo 1:4 z wodą.

Mgiełka pod olej: 1.5 szklanki wody, 2 łyżki siemienia, gotować 15 minut, odcedzić na gorąco, rozcieńczyć 1:4 z wodą.

Podsumowując, wyszło ciekawie. W wielu wersjach siemię lniane sprawia, że moje włosy są sztywne, lekko matowe, napuszone. Zastanawiałam się nad zbyt wysokim stężeniem, ale żel przygotowuję używając średniej ilości wody z dwóch wersji przepisu, na które się natknęłam: jedna to 2 łyżki siemienia na dwie szklanki wody, druga – 2 łyżki na szklankę. Dość szybko przestałam eksperymentować z metodami, które się nie sprawdziły. Z czasem robiłam już tylko płukankę. Ale nawet ona z czasem przestała działać. I nie chodzi o to, że używałam jej po masce czy oleju nałożonym w trakcie tego samego mycia. (Odkryłam, że dwie rzeczy nałożone na długość to już dla moich włosów za dużo. W efekcie dostaję puch, suchość i lekkość.) Pierwsze kilka prób zawsze przeprowadzam solo. Kiedy jeszcze łączyłam produkty, zawsze robiłam to po kilku "czystych" użyciach. Teraz jednak nawet użyty w ten sposób żel z siemienia przestał się sprawdzać.

5.1. Płukanka po przerwie

Kilka dni temu, po dłuższej przerwie, zrobiłam znów płukankę, tym razem przygotowując tylko jednorazową porcję (przygotowanie: opcja 2). To jest już moment po dużym cięciu, czyli włosy są całkowicie zdrowe. Znalazłam już też swoją optymalną pielęgnację. Byłam ciekawa, czy na włosach w dobrym stanie żel lniany jeszcze raz pokaże swoje maksymalne działanie. Zgodnie z kluczową dla mnie zasadą minimalizmu, nie nałożyłam w trakcie tego mycia ani oleju ani maski. Umyłam skórę głowy szamponem, spłukałam wodą, po czym wylałam płukankę na całą długość.

Kiedy zdjęłam koszulkę z głowy włosy były wciąż mokre, co się zazwyczaj nie zdarza, bo po kilku minutach (maksymalnie dziesięciu) w turbanie końcówki i pojedyncze pasma są już suche. To był dobry znak. Ale zaraz pojawił się problem. Zawsze rozczesuję włosy podczas mycia, kiedy jest na nich maska: odżywcza przy myciu z maską albo lekka, którą emulguję olej (Serical al Latte) przy myciu z olejem. Dzięki temu po zdjęciu koszulki włosy właściwie nie są splątane a pojedyncze skrzyżowane pasma bez problemu przeczesuje palcami. Po płukance było inaczej. Po pierwsze, nie miałam okazji przeczesać włosów podczas mycia, więc wiele pasm było skrzyżowanych. Po drugie, ze względu na sztywność po siemieniu włosy plątały się bardziej niż wtedy, kiedy na przykład po oczyszczaniu nie nakładam żadnej maski czy odżywki. Po trzecie, również ze względu na sztywność, splątań nie dało się łatwo przeczesać palcami. Przy próbie opanowania sytuacji wyrwałam mnóstwo włosów. Niedobrze. Włosy udało mi się rozczesać dopiero na sucho. Byłam głęboko oburzona, bo moje włosy na co dzień po prostu się nie plączą, ani na mokro ani na sucho ;)

Efekty nie były warte męczenia się z tą sztywnością. Po wyschnięciu włosy wyglądały tak, jakbym nic na nie nie nałożyła i takie też były w dotyku. Nieco sztywności zostało, więc jeśli kiedyś będę chciała uzyskać wyraźne i trwałe fale, siemię będzie dobrym zamiennikiem protein. Chociaż z drugiej strony... proteiny wysuszają mi włosy, siemię je usztywnia i pośrednio sprawia, że są splątane. Płukanka z maską czy olejem zmytym maską przed nią da efekt puchu i lekkości, bo jak wspominałam dwie rzeczy nałożone na długość podczas jednego mycia to już dla moich włosów za dużo. Tyle tylko, że wtedy mogłabym włosy rozczesać. Z dwojga złego... chyba wolę wysuszenie po proteinach niż splątane włosy i wyrywanie ich przy czesaniu.

Po dwóch latach nawet genialna z początku płukanka nie przynosi takich efektów, jakie dawała kiedyś. Pierwszego razu nigdy nie udało mi się powtórzyć, później zdarzyło się kilka prawie tak dobrych rezultatów, ale teraz jest zaledwie średnio. Włosy są usztywnione i to wszystko. Żadnej gładkości wizualnej czy śliskości w dotyku.

Czyli płukanka lniana odpada. Żel sprawdzał się dobrze jeszcze jako odżywka b/s ale teraz już odżywek bez spłukiwania nie używam, bo to dla moich włosów za dużo. Musiałabym podczas danego mycia nie używać oleju ani maski, tylko odżywki b/s – to zbyt lekka pielęgnacja ;) Został żel pod olej, ale tu równie dobrze spisuje się gliceryna. Dla jednego zastosowania żelu nie opłaca mi się go gotować i przechowywać. Dlatego, po moich wielkich nadziejach na nawilżenie, z żelem lnianym ostatecznie się rozstaję.


Jak siemię sprawdza się u Was? :)

Komentarze

  1. Będę musiała wypróbować któregoś ze sposobów, na razie nie bawiłam się w ogóle z siemieniem lnianym.

    OdpowiedzUsuń
  2. Praktykowałam nakładanie żelu lnianego pod maskę, ale nie dawało to żadnych efektów, więc teraz siemię lniane tylko piję ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetna ściągawka, włożyłaś dużo pracy i czasu, żeby to przygotować... Za to kocham blogi.

    OdpowiedzUsuń
  4. Swojego czasu używałam na różne sposoby, chyba do tego wrócę :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Siemię u mnie: uliz i swędzenie skóry głowy, długość i końce przypominają szczotkę do butelek. ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. O matko jak tego dużo ! Ja jakos nie bardzo umiem przygotować ten żel, bo nigdy nie ma dobrych efektów :(

    OdpowiedzUsuń
  7. ło matko i córko :D kompendium wiedzy siemieniolnianej :D Wszystko czego rzeba włosomaniaczkom w jednym miejscu :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Stosowałam jako płukankę i maskę. Z obydwu sposobów byłam zadowolona. Jak odkryłam możliwości siemienia to stosowałam go przy każdym myciu. Po krótkim czasie włosy "powiedziały" dość. Przedobrzyłam i musiałam ograniczyć częstotliwość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może u mnie to jest coś na tej samej zasadzie?

      Usuń
  9. Kompendium wiedzy:) Kiedyś namiętnie robiłam lniane płukanki, ale już dawno tego nie praktykowałam

    OdpowiedzUsuń
  10. U mnie niestety za każdym razem siemię wywołuje puch. Włosy wydają się iść po takiej płukance/masce w zupełnie inną stronę niż ta oczekiwana - zamiast nawilżenia uzyskuję lekko sztywną suszę :c

    OdpowiedzUsuń
  11. ale się rozpisałaś :) ja stosuję od czasu do czasu jako płukankę i efekty są zacne, jednak jestem bardziej za wewnętrznym zastosowaniem siemienia. większość osób zalewa siemię lniane wodą i to pije, a ja dodaję łyżeczkę do herbaty :P czekam 15 minut i piję taką herbatę, a ziarenka starannie gryzę :P

    OdpowiedzUsuń
  12. Nie próbowałam nigdy siemienia lnianego szczerze mówiąc :D

    OdpowiedzUsuń
  13. Będę musiała spróbować :) ja jestem zadolona z efektów maski anti age: http://maxi-beauty.blogspot.com/2015/07/anti-age-dla-wosow.html jest godna polecenia :)
    pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Używałam tego żelu pod olej przed myciem i było ok. Jako żel do stylizacji - tragedia, istne sianko. Dziś zamierzam dodać żelu do maski, zobaczymy co z tego wyjdzie :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Nie wiedziałam, że można go wykorzystać na tyle sposobów. Jednak przecedzanie go jest męczące, dlatego wolę korzeń prawoślazu i jeszcze nawilżenie jest duużo większe.

    OdpowiedzUsuń
  16. Tyle słychać o siemieniu, ale ja jeszcze nie próbowałam :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Ja używałam żelu lnianego. Pierwsze kilka tygodni efekt był fantastyczny. Skręt moich fal był spotęgowany, same fale były przepięknie zdefiniowane, puch minimalny (nigdy potem nie udało mi się tak okiełznać puszących się włosów), ale po jakimś czasie żel tak jakby przestał działać. Włosy szybciej się po nim przetłuszczały, wcale nie podbijał mi skrętu, miałam nawet wrażenie, że włosy są po nim bardziej spuszone i suche (?). Wciąż zastanawiam się dlaczego, bo już myślałam, że po tysiącu przetestowanych produktów znalazłam remedium na moje wybredne włosy, ale jednak nie... nad czym wciąż nieustannie ubolewam. A Ty znalazłaś następcę dla siemienia?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz moją religią jest gliceryna ;) Głównie z wodą pod olej. Nawilża tak samo ładnie jak kiedyś siemię.

      Usuń
    2. Gliceryna? Taka w czystej postaci kupiona np. na BU? Tego jeszcze nie próbowałam, może i u mnie się sprawdzi. Obawiam się jednak, że to i tak będzie niestety chwilowe, jak z siemieniem:(

      Usuń
    3. Taka zwykła :) Swoją kupuję albo w aptece albo na ZSK.

      Usuń
  18. Tutaj widze tylko zastosowania zewnętrzne dla cennego siemienia. Nie mówię, że są one złe, ale skoro już kupiłyście, to dlaczego by nie zastosować go wewnętrznie. Wtedy działa wszechstronnie. http://www.jestemfit.pl/artykuly/dieta/siemi%C4%99-lniane-sojusznik-witalno%C5%9Bci-zdrowia-i-szczup%C5%82ej-sylwetki tutaj konkretnie przeczytacie - na co.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie szkodzi siemię lniane wewnętrznie. Stosowałam długo i poprawnie. (Jest osobny post na blogu.) I nigdy więcej ;)

      Usuń

Prześlij komentarz