Suche, wrażliwe włosy i szampon: o tym, jak stężony okazał się lepszy od rozcieńczonego

Na początku świadomej pielęgnacji włosów używałam stężonych szamponów (wtedy jeszcze ze SLES, na przykład Garnier Awokado i Karite). Widziałam to tak, że mogę użyć powiedzmy łyżki stężonego szamponu, albo mogę go rozcieńczyć, ale żeby uzyskać pianę mieszanki szamponu z wodą będę musiała użyć tyle, że i tak będzie tam łyżka szamponu. W tym czasie włosy przy głowie wyglądały tak, jak długość, czyli średnio a ja nie widziałam braków i błędów w pielęgnacji. (To były jeszcze czasy LHC, o których napisałam tutaj.)

Kolejny etap: polskie blogi. Osobom o rekordowo suchych włosach, takich jak moje, polecano rozcieńczanie szamponu. (Dość ważnym czynnikiem jest to, że moje włosy przy głowie były wtedy przesuszone od SLES. Chociaż są naturalnie suche, to jednak nie aż tak.) Zaczęłam rozcieńczać swoje szampony. Jednocześnie zabrałam się za walkę z ŁZS. Niektóre z szamponów, których wtedy używałam były niestety bardzo, bardzo mocne, pomimo tego, że teoretycznie były przeznaczone do suchej i wrażliwej skóry głowy. W końcu kupiłam Szampon Neutralny Natura Siberica, który po pierwsze był początkiem mojej przygody z szamponami bez SLES a po drugie już po jednym użyciu sprawił, że przestała mnie swędzieć głowa. (Hurra! A tu znajdziecie mój wpis o tym jak opanowałam ŁZS.)

Przy okazji używania szamponu Neutralnego zrobiłam zdjęcia włosów. Tak wyglądały po myciu z rozcieńczaniem szamponu:



A tak po szamponie stężonym:


Różnica w tym jak włosy wyglądały i jakie były w dotyku była ogromna. (Teraz jest dokładnie tak samo duża, tylko efekty po tych dwóch metodach mycia są odwrotne.)

Kolejny ważny aspekt: wtedy nie nakładałam masek ani odżywek na włosy powyżej linii uszu, te partie dostawały wyłącznie szampony. Mniej więcej w tamtym czasie, ze względu na ŁZS zaczęłam też myć włosy co dwa dni a nie co trzy i właśnie to jest dla mnie optymalna częstotliwość.

Długo nic się nie zmieniało. Używałam rosyjskich szamponów (głównie Natura Siberica, spróbowałam też szamponu Love2Mix z jagodami acai i proteinami pereł oraz kakaowego żelu pod prysznic Planeta Organica) i rozcieńczałam je na różne sposoby. Napisałam dwa posty na ten temat. Jeden o trzech metodach rozcieńczania szamponu i drugi o tym, co wtedy wydawało mi się idealną metodą rozcieńczania. Używałam metody kubeczkowej, mieszałam szampon z wodą w małej butelce, 400 ml szamponu starczało mi na 2 miesiące. Dopiero teraz wiem, że stężonego mogłabym używać powiedzmy łyżki a rozcieńczonego używałam tyle, że w mieszance z wodą było go więcej. Następnie odkryłam metodę z butelką pianotwórczą i długo używałam właśnie jej, mieszając szampon z wodą w proporcji 4:10. 

Włosy wyglądały średnio, ale miałam w pamięci kontrast po szamponie Neutralnym i nawet nie myślałam o tym, by w próbach poprawy ich wyglądu iść w stronę stężonego szamponu. W tamtym czasie na długości testowałam dużo nowości, wiele z nich przesuszało mi włosy, używałam też zbyt wielu produktów na raz (późno odkryłam, że służy mi minimalizm) więc włosy poniżej linii uszu były właściwie wiecznie suche, spuszone i matowe. W porównaniu do nich wyglądające średnio włosy przy głowie sprawiały całkiem niezłe wrażenie. Myślałam, że jest dobrze. W międzyczasie zaczęłam na włosy blisko skóry głowy nakładać odżywki i maski, ale nawet to nie niwelowało matowości i spuszenia. Włosy nie wyglądały idealnie, ale myślałam po prostu, że lepiej być nie może.

W kwietniu 2014 nałożyłam na włosy mieszankę olejów i lanoliny, która była niemożliwa do zmycia moją tradycyjną metodą, czyli przy użyciu maski Serical al Latte. Użyłam stężonego szamponu, również przy skórze głowy – chociaż tam lanoliny nie nakładałam – bo tak było mi wygodniej rozprowadzać pianę. (Szczegóły opisałam we wpisie o kwietniowych eksperymentach, połączeniach i recenzjach.) Ku mojemu zaskoczeniu, włosy po dwukrotnym myciu stężonym szamponem i nałożeniu odżywki były gładsze niż po rozcieńczonym szamponie i użyciu odżywki.

W ramach eksperymentu postanowiłam używać stężonego szamponu. I tak już zostało. Włosy przy głowie zaczęły wyglądać zupełnie inaczej. Nie mam osobnego zdjęcia z bliska, ale postęp widać chociażby na zdjęciach z aktualizacji długości. Dla przykładu:



A tak było przez długi czas po rozcieńczonym szamponie:


Jak widać, efekty są dokładnie odwrotne od tych po szamponie Neutralnym NS. To rozcieńczanie kończy się spuszeniem i matowością. Z czasem reakcja moich włosów całkiem się zmieniła. Dobrze, że to zauważyłam.

Obecnie, zależnie od szamponu, spuszenie jest minimalne albo nie ma go wcale. Włosy są też błyszczące i śliskie. Rewolucja. To była długa droga, a znaczenie miały też poboczne czynniki takie jak ogólny stan moich włosów – bo postrzeganie górnych partii zależało od porównania z tymi poniżej uszu – i nakładanie odżywki na włosy w okolicach skóry głowy. Bywało źle, a wydawało mi się, że jest dobrze. Zmieniałam metody i myślałam, że jest coraz lepiej, podczas gdy w porównaniu do tego jak moje włosy mogą wyglądać, wtedy było zaledwie średnio. Zmylił mnie epizod z szamponem Neutralnym. Teraz wygląd włosów jest dokładnie odwrotny. Ze względu na to, że mam naturalnie suche włosy, byłam pewna, że stężony szampon to najgorsze co mogę na nie nałożyć. Okazało się, że suchość jest w dużej mierze winą nieodpowiedniej pielęgnacji. I że chociaż mam wysokoporowate, wrażliwe włosy, po stężonym szamponie wyglądają najlepiej: są gładkie, miękkie, błyszczące. Po rozcieńczonym było w najlepszym wypadku średnio. 400 mililitrowa butelka starcza mi teraz na 3 miesiące. W dużej mierze to jest klucz do finalnego efektu: lepiej sprawdza się użycie powiedzmy łyżki stężonego szamponu niż półtorej łyżki zmieszanej z wodą (a słabsze mieszanki albo ich mniejsze ilości się nie sprawdzały. Szampon musiał mieć pewne stężenie i musiałam użyć określonej ilości takiego roztworu żeby domyć włosy. W praktyce przy jednym myciu nakładałam na głowę całkiem sporo szamponu.)

To, że używam stężonego szamponu, nie znaczy, że zawsze jest tak samo. Wydawało mi się, że efektem mogłam manipulować przy rozcieńczaniu, używając różnych proporcji. A tak naprawdę zawsze było tak samo, albo bardzo podobnie: źle, w najlepszym razie średnio. Teraz sporo się dzieje. Czasem włosy przetłuszczą mi się mocniej i już w połowie dnia kolejnego mycia wyglądają nieświeżo (zamiast elegancko poczekać do wieczora). Wtedy podczas mycia używam nieco większej ilości produktu, czasem wykonuję coś co można opisać jako półtorej serii mycia. Nakładam porcję szamponu, spieniam, spłukuję niewielką część piany tylko po to, żeby dodać na głowę wody, dokładam już tylko odrobinę szamponu i znów masuję. Powstaje wtedy bardzo dużo lekkiej piany. Włosy są bardziej puszyste (ale nie spuszone, co jest cudowne. Nawet takie mocniejsze mycie im nie szkodzi, choć są wrażliwe i bądź co bądź suche z natury.) i dłużej świeże w kolejnym cyklu mycia. Jeśli w danym cyklu nie dotykam ich często, bo zrobiony rano koczek trzyma do wieczora i nie muszę go poprawiać, włosy nie są nieświeże nawet tuż przed kolejnym myciem (chociaż wiem, że następnego dnia rano już by były. Największa zmiana zawsze następowała u mnie w nocy między drugim a trzecim dniem.) więc mogę użyć minimalnej ilości szamponu, która od razu łatwo się pieni. Pomimo tego, że to jest jeden produkt używany w bardzo prosty sposób (w przeciwieństwie do na przykład masek, które można wzbogacać, nakładać różnymi metodami, trzymać minutę albo godzinę, pod czepkiem albo nie) efekty rozkładają się na skali od włosów bardzo delikatnie oczyszczonych i dociążonych, do takich wyraźnie odbitych od nasady i lekkich, a przy tym wciąż gładkich.

To dość zabawne, że stężony szampon działa tak świetnie, moje włosy praktycznie od pierwszego mycia zaczęły wyglądać zupełnie inaczej, a ja przez lata z uporem męczyłam się z rozcieńczaniem, mierzeniem, szukaniem jak najlepszego (a obiektywnie i tak tylko średniego) stężenia, po którym włosy wyglądałyby jak najbardziej znośnie, przy czym “znośnie” to słowo klucz, bo to na nawet nie był zakres "dobrze." Dopiero teraz wiem, że może być świetnie. I to po użyciu czegoś, co kiedyś wydawało się najgorszym złem ;)

P.S. Końcowe poprawki tego posta zajęły mi nieco więcej czasu, niż myślałam. Zgadnijcie co mnie rozprasza i na kogo zerkam w zachwycie. Niedaleko mnie właśnie siedzi dziewczyna z pięknymi, ciemnymi włosami o długości klasycznej. Nieczęsto widzę osoby z naprawdę długimi włosami, jestem oczarowana, nie ma nic, nic lepszego niż inspiracja na żywo :) Poniedziałkowy poranek właśnie stał się arcypiękny!

Komentarze

  1. Ale Ty masz grube włosy :) Zazdroszczę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie nie są jakoś ponadprzeciętnie grube, ale jest ich sporo ;)

      Usuń
  2. Mi czasem rozcieńczony szampon lepiej działa niż zwykły :)

    OdpowiedzUsuń
  3. To chyba wszystko zależy rodzaju włosów, bo u jednych rozcieńczanie nie wchodzi w grę, a u innych wręcz przeciwnie :D
    Pozdrawiam, CapelliSani.

    OdpowiedzUsuń
  4. I u Ciebie znów coś interesującego. :D Jestem pod wrażeniem Twojego iście naukowego podejścia do pielęgnacji włosów, naprawdę.
    Kiedyś bawiłam się w rozcieńczanie szamponów (robiłam to na oko), aktualnie (już od naprawdę długiego czasu) używam po prostu "łagodniejszych" szamponów-Love2Mix, miodowe mydło Agafii... Jestem raczej zadowolona, choć może mogłoby być lepiej, ale po prostu nie chce mi się przeprowadzać tylu eksperymentów, badań. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja staram się robić to wszystko jakby w tle, bez nastawiania się na eksperyment mentalnie, czasowo i "działaniowo" ;) Rzeczy się dzieją a ja zapisuję ;) Ale fakt – sprawia mi to wielką przyjemność. Dla samych efektów czyli wiedzy, nie wiem czy byłabym w stanie przechodzić przez proces, którego bym nie lubiła. Pewnie nie aż na taką skalę. :) Ale że to lubię, mogę bez problemu takie badania przeprowadzać :)

      Usuń
  5. wszystko zależy od typu włosów i skóry, mi najlepiej służy mycie skóry szamponem bez sls , a włosy myje odżywką

    OdpowiedzUsuń
  6. Moje kłaki tylko zaraz po rozjaśnianiu lubiły rozcieńczony szampon. Ale też się zmieniają. Teraz znów nie lubią siarczanów, choć przez ostatni rok mogłam myć z powodzeniem tylko nimi :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Stosuję techniki wszelakie, w zależności od wszystkiego :] Najczęściej jednak myję techniką OM i ona sprawdza się u mnie najlepiej. Wtedy porcja szamponu pozostaje nierozcieńczona lub delikatnie rozrzedzona paroma kroplami wody.

    OdpowiedzUsuń
  8. Henri! Czytam Twój blog już od dłuższego czasu i wydaje mi się, że jesteśmy bardzo podobne. Ja nie prowadziłam bloga, ale długi, długi czas prowadziłam włosowe notatki w telefonie z uwzględnieniem i wyszczególnieniem wszystkiego, co i jak użyłam, w jakim stanie były włosy przed i po myciu. I odkryłąm, że chyba jesteś moję włosową siostrą! Moje włosy wyglądały identycznie i bardzo, bardzo o nie dbałąm bardzo różnymi produktami (nakładałam nawet niewielkie ilości smalcu farmaceutycznego, bo to naprawdę ma najbardziej zbliżony skład do łoju ludzkiego - także ten, byłam naprawdę załamana i zdesperowana). Przełom nastąpił podczas choroby - długiej i ciężkiej i myłam włosy tylko szaponem..nierozcieńczonym, ewentualnie rozrobilonym w rękach z wodą - i nastąpiłą ogromna poprawa! Oczywiście poo około roku traktowania ich tylko szamponem i jedwabiem z biosilku końcówki zaczęły się przesuszać. Ale nie było już tak koszmarnego puchu:) teraz, dzięki radom dobrego fryzjera mam coraz ładniejsze włosy mimo mycia co jeden lub dwa dni i używania suszarki (dobrej). Przepraszam, że tak się rozpisałam, ale naprawdę jestem podekscytowana faktem, że znalazałm osobę, której włosy reagowały tak samo dziwnie na różne ablucje, jak moje. Ąż trochę głupio mi to proponować, ale...chętnie napisałabym do Ciebie maila - no wiesz, taka wymiana poglądów, produktów, które służą dziwczanym włosom. Oczywiście, jeśli masz ochotę:)

    Pozdrawiam, M.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie przepraszaj za długi komentarz ;) Ja naprawdę uwielbiam czytać. I pisać. Także... czekam na maila ;)

      Usuń
  9. Faktycznie zabawnie to wszystko brzmi. Najgorsze, że zawsze do wszystkiego trzeba dojść samemu, bo każdy ma inne włosy...:D

    OdpowiedzUsuń
  10. Odchodząc od tematu. Powinnaś zrobić sobie hennę brwi, bo są jakieś takie... przezroczyste. Ładnie wyrysowane brwi dają naprawdę dużo dobrego twarzy :) Moja sugestia nie miała zamiaru nikogo urazić jak coś :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Henna u mnie wygląda tragicznie, właśnie ze względu na to, że mam dość rzadkie i bardzo jasne brwi. Wyglądam jakbym miała je namalowane pisakiem bo cały większość henny osiada na skórze a nie na włoskach. I efekt jest taki, jakbym miała tylko brwi na twarzy :D Próbowałam kilka razy, różnych kolorów, również u kosmetyczki i jest źle. Nie chcę takiego przesadnego efektu pasków na twarzy.
      Jeśli się maluję, podkreślam brwi żelem. To faktycznie robi różnicę, na lepsze :) Ale naturalnie.
      Za to te zdjęcia są jeszcze z czasów kiedy nie regulowałam brwi. Teraz to robię i, zaskakująco, kiedy są węższe, są wyrażniejsze :)

      Usuń
  11. I am satisfied that you simply shared this useful info. See more Buy GK Conditioner

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz