Moje podejście do analizy składów cz.1

Staram się nie opierać decyzji o niekupowaniu produktu na podstawie słabego składu. Za to jeśli skład jest pełen ekstraktów, olejów i innych dobrodziejstw, kupię taką odżywkę czy maskę chętniej. Czasem maski o słabym składzie działają świetnie (przykładem jest Kallos Latte i moja ukochana Ziaja oliwkowa), czasem super skład nie daje efektu. Ta obserwacja przekonała mnie do oceniania odżywek i masek wyłącznie na podstawie działania – po użyciu – nie składu; w recenzjach nie odejmuję punktów za skład, skoro działanie jest świetne. A przed zakupami kieruję się głównie recenzjami i ewentualnie dobrym składem. Średni mnie nie zniechęca, robi to dopiero kiepski (alkohole wysuszające wysoko na liście).

Teoretycznie używanie masek, które nie mają w składzie niczego odżywczego jest jak używanie silikonów. Takie produkty poprawiają wygląd włosów, ale prawdopodobnie nie kondycję: nie wzmacniają ich, nie wygładzają na stałe. Mimo to i tak je lubię. Kilka razy można przecież użyć maski o mało odżywczym składzie bez pogorszenia kondycji włosów. Zawsze można dodać do niej półprodukty i mieć produkt faktycznie odżywczy oraz poprawiający wygląd włosów. Taką maską jest na przykład wspomniany Kallos Latte, która działa dobrze (dla wielu osób) a przecież w składzie nie ma olejów, naturalnych ekstraktów ani innych składników uważanych za dobre dla włosów. Nawet tytułowych protein jest w niej śmiesznie mało.

Paradoksalnie, moje podejście łączy dwie sprzeczności. Z jednej strony (ale to dopiero od niedawna) dla swoich włosów szukam produktów jak najbardziej odżywczych. Takich, które poza wodą, alkoholem tłuszczowym i ewentualnym silikonem mają jeszcze w składzie oleje i ekstrakty i które mogą wpłynąć na stan włosów nawilżając je czy wygładzając. Z drugiej strony kupiłam (i lubię!) kilka masek typowo silikonowych. Wiem, że nie ma w nich prawie nic odżywczego, że tylko doraźnie poprawią wygląd włosów. Ale jest to jakiś efekt. Dobry, nawet, jeśli tylko wizualnie. Dopóki jesteśmy świadomi tego, że taka maska nie zregenerowała nam fenomenalnie włosów w dwa tygodnie a tylko zakamuflowała zniszczenia, jest dobrze. Lubię mieć pod ręką słoiczek którejś z masek Ziaji. Ratują mnie, kiedy pomimo regularnego olejowania włosy te i tak nie wyglądają dobrze, choć przecież są odżywione, nawilżone, dociążone. Czyli na przykład w deszczowe jesienne i upalne letnie dni :) Ważne jest to, żeby stosując takie maski pamiętać po prostu o dodatkowym odżywianiu włosów. Czasem jest też tak, że teoretycznie odżywcza maska zawierająca naturalne oleje i ekstrakty teoretycznie odżywia czy wzmacnia włosy... ale wcale nie sprawia, że wyglądają tak dobrze jak potencjalnie mogą przy innych produktach. (Jeśli wcale nie poprawia wyglądu włosów, ja z takiego kosmetyku rezygnuję, pomimo, że teoretycznie, według składu, jest dla włosów dobry.) Wtedy możemy wziąć sprawdzoną, silikonową i poprawiającą wygląd maskę, dodać do niej półprodukty i oleje i mieć coś, co i odżywia i poprawia wygląd włosów :) Innymi słowy, staram się nie popadać w skrajności. Nie opieram pielęgnacji o maski pełne olejów i ekstraktów jeśli nie poprawiają wyglądu włosów, bo to byłaby strata czasu i trwanie przy pustej wierze w to, że produkty "są dla włosów dobre". Nie ograniczam się również do masek poprawiających wygląd włosów, których składy sugerują, że na wiele więcej nie mogę liczyć (wspomniane maski Ziaji z silikonami przed olejami). Stawiam na bogate składowo produkty, zapewniające odżywienie w perspektywie i świetny wygląd włosów dość szybko. Przy tym, skoro olejowanie i treściwe maski zapewniają pielęgnację, od czasu do czasu pozwalam sobie na użycie produktu typowo dla efektu wizualnego. Albo dla zapachu! ;) Wiem, że jeśli raz czy dwa razy włosy nie dostaną ciężkiej maski, nic się nie stanie. Odkąd olejuję włosy regularnie i mam sprawdzone maski, mogę co jakiś czas zrobić taki skok w bok ;)

Poza tym nie do końca wierzę w to, że naprawdę znamy charakterystykę poszczególnych składników. Często na przykład widzę analizy składu, według których wyłącznie woda jest w porządku a reszta oznaczona jest jako zła, okropna, wszystko szkodzi, wszystko uczula. (Nawet nie "może uczulać". Po prostu "uczula". A przecież to nieprawda!) W innym miejscu te same składniki opisane są jako zwykłe substancje nawilżające (weźmy na przykład glikol propylenowy), nieszkodliwe zagęstniki... Warto sprawdzać lub pytać skąd autorka wpisu zaczerpnęła informacje na temat wszystkich składników. Ale opracowania naukowe też różnią się w opiniach.

Nie wierzę też do końca w określanie roli każdego składnika osobno. Co jeśli na przykład wyciąg czy składnik syntetyczny działa zupełnie inaczej w obecności jakiegoś innego elementu? Zaczyna albo przestaje być szkodliwy? Do tego dochodzą stężenia. Odżywki Hegron mają identyczne składy a działają i wyglądają (gęstość) inaczej.

Robię podstawowe analizy składów przed kupieniem produktu, ale tylko po to, żeby unikać tego, czego nie lubię (alkohole wysuszające) i szukać tego, co z kolei lubię (alkohol stearylowy, silikony, oleje...)

Na LHC jest świetna zasada "Rób to, co się dla Ciebie sprawdza". Nawet, jeśli maska ma kiepski skład a działa świetnie, warto jej używać. Każdy powinien robić, co uważa za słuszne i to, co dla niego działa dobrze. Nie jestem przekonana do opierania pielęgnacji na wynikach badań naukowych. Często czytamy wyniki jednego badania i formujemy opinię nie mając pojęcia, że istnieją dwa inne raporty kompletnie zaprzeczające temu jednemu. Jak na przykład długa rozmowa o silikonach między naukowcami, w której dało się wyróżnić kilka całkiem odmiennych stanowisk. Nie mogę jej teraz znaleźć, czytałam ją dobre kilka lat temu i nie mam już odnośnika w historii przeglądarki. Każda strona (zwolennicy silikonów w pielęgnacji włosów, przeciwnicy i badacze nastawieni neutralnie) miała na uzasadnienie swoich poglądów wyniki dokładnie przeprowadzonych i rzetelnie zinterpretowanych badań. 

Kolejny przykład: moje biedne chelatowanie, które dostało od części polskiej blogosfery po głowie „bo naukowo to nie ma prawa działać”, bo za niskie stężenie, bo wykładowca na zajęciach tak mówił, albo w ogóle nie ma sensu bo przecież osady z wody nie zostają na włosach. Rozumiem, że istnieją pewne teorie, sama się z nimi zapoznałam. Ale to działa. Dla wielu osób (sprawdźcie LHC) i to od dawna. Jakimś cudem szampony z Tetrasodium EDTA i innymi składnikami chelatującymi działają zupełnie inaczej niż te bez i wiele osób widzi różnicę między zwykłym oczyszczaniem a chelatowaniem. Nie jest to może najsolidniejszy argument, ale kilka marek (w tym Joico) stworzyło szampony typowo chelatujące, nawet z nazwy na etykiecie, głównie dla pływaków. Być może mocniejszym argumentem będzie to, że Unia Europejska określa Tetrasodium EDTA jako składnik chelatujący (i według niektórych źródeł ma tylko taką funkcję w produktach kosmetycznych). Dziwi mnie stawianie opinii „to nie ma prawa działać” bez sprawdzenia czegoś w praktyce. Zwłaszcza, że żarty na temat badań naukowych krążą. „Amerykańscy naukowcy udowodnią wszystko” i od kiedy przeczytałam kilka zaprzeczających sobie raportów z badań na temat silikonów i siarczanów w pielęgnacji włosów przestałam opierać swoje wybory na naukowych doświadczeniach. Niedawno jeszcze rządziło przekonanie, że stanu włosów nie da się zmienić, zawężane do „włosów nie da się odbudować”. Nic nie mogło wpłynąć na przykład na suche końcówki (niekoniecznie zniszczone) i jedynym wyjściem miało być ścięcie. A dziś co rusz napotykamy w recenzjach (zwłaszcza olejów) opinie (potwierdzone zdjęciami) takie jak: włosy są gładsze, cięższe, bardziej sprężyste, błyszczące, śliskie, mniej podatne na zniszczenia, nie puszą się. Nie mówię, że są odbudowane. Ale na pewno jakaś zmiana zaszła, chociażby domknęły się mocno i na dłużej łuski, coś jednak da się zrobić, zmienić w stanie włosów. A przecież jeszcze niedawno to było nie do pomyślenia.

Jestem racjonalna, trzymam się nauki w kwestiach takich jak zjawiska nadprzyrodzone czy medycyna. Ale jednak staram się nad wszystkim zastanowić, nie przyjmować niczego ot tak. Nie chodzi o to, że nie wierzę badaniom naukowym. Ale odrzucę je, jeśli są podejrzane (przykład za moment), a będę czegoś używała jeśli działa chociaż naukowo nie ma prawa działać.

Przykład: teoria głosząca, że używanie szamponu razem z odżywką jest szkodliwe. Nie chodzi o produkty 2w1, tylko o używanie szamponu i odżywki podczas jednego mycia włosów. Podoba się Wam? Gdyby była prawdziwa, zrujnowałaby podstawy pielęgnacji włosów. Według tej teorii "używanie szamponu i odżywki powoduje tworzenie się na włosach nierozpuszczalnych związków kompleksowych, które z czasem zaczynają niszczyć łuskę włosa i powodować powstawanie rozdwojeń". Spotkałam się z nią na LHC, oryginalny post znajdziecie tutaj. Z całą moją sympatią do Piggy i szacunkiem do jej imponującej, ogromnej wiedzy z dziedziny chemii, a nawet pomimo tego, że autorka posta podaje jako źródło publikację naukową, tej teorii nie wierzę i przejmować się nią nie mam zamiaru. Nie wiem jak autorzy publikacji doszli do tego wniosku. Gdyby używanie szamponu z odżywką było szkodliwe, wszyscy już dawno byśmy to zauważyli, a tymczasem o zniszczenia i rozdwojenia nikt nie posądza tych dwóch produktów używanych razem. A gdyby teoria była prawdziwa... co nam zostaje? Używanie tylko szamponów i olejów, albo tylko odżywek/masek? ;) Brak sensownej alternatywy to drugi powód, dla którego nie mam zamiaru przejmować się tą teorią.

Warto zastanowić się po co w ogóle analizujemy składy kosmetyków. Wydaje mi się, że po to aby wstępnie przewidzieć działania produktu i ewentualny wpływ na zdrowie. A jednak wiele razy widzę recenzje, w których działanie danej odżywki jest zachwalane, nie ma wspomnienia o reakcji uczuleniowej, a później… „odejmuję punkt za słaby skład”. I wychodzi na to, że analiza jest sztuką dla sztuki, robi się ją w odcięciu od przewidywania i oceniania działania. Moim zdaniem, jeśli okazało się, że odżywka działa świetnie, nie uczula, słaby skład nie powinien mieć znaczenia. Jeśli problem leży w braku składników odżywczych, powinniśmy po prostu od razu kupić inną odżywkę czy maskę a nie mieć pretensje do tej już posiadanej o ich brak, który na działanie z resztą nie ma żadnego wpływu. To jak kupienie zielonego swetra i, pomimo tego, że wyglądamy w nim dobrze, nielubienie go dlatego, że nie jest niebieski.

Ten post przedstawia tylko moją opinię, opartą na obserwacjach i wielu produktach, których używałam dotychczas, przez ponad cztery i pół roku włosomaniactwa. Nie chcę wcale przekonać Was do robienia tego samego. Może u innych dokładna analiza składu sprawdza się w 99% i prawie zawsze udaje się Wam przewidzieć działanie produktu? Sama unikam jej na podstawie doświadczenia, a nie postanowienia „a, nie będę analizowała składów, bo nie”. Podobnie jest ze „szkodliwymi” składnikami. Długo się nad tym zastanawiałam, był czas, kiedy przez opinie naukowe unikałam silikonów a nie zwracałam uwagi na siarczany, teraz jest dokładnie odwrotnie, ale opieram to na obserwacji swoich włosów. Sytuacja wygląda też inaczej, jeśli wiecie, że któryś składnik Was uczula. Ale poza takimi sytuacjami unikanie potencjalnie szkodliwych składników (a według niektórych analiz składów szkodliwe może być wszystko poza wodą), które w praktyce nam nie szkodzą jest tak mówienie „komuś może być nieładnie w zielonym swetrze to ja też nie założę zielonego. Brązowego z minimalną ilością zielonej nitki też nie”.

Nosicie zielone swetry, nawet jeśli koleżance z bloga obok nie pasują? ;)

Komentarze

  1. Kosmetykom, które mają kontakt ze skórą, przyglądam się bardzo krytycznie pod kątem składu. Dlatego, że wiele składników robi mi krzywdę. Niekoniecznie "chemicznych", "złych". Moja twarz nie lubi gilceryny i masła shea. No nie cierpi, zawsze wyglądam po nich jak chora na ospę wietrzną/goryziona przez komary/wpadnięta w pokrzywy. Z tym, że gliceryna taki efekt robi od razu, a shea po kilku dniach stosowania. Więc kosmetyku do twarzy, który zawiera te składniki wysoko w składzie, po prostu nie kupię, bo na 99,9% mi nie posłuży. Za to parabeny w produktach twarzowych mi nie przeszkadzają, jeśli są skuteczne i atrakcyjne cenowo - biere.

    Jeszcze mniej przejmuję się puryzmem składowym produktów, które nakładam na długość włosów. One MAJĄ mieć działanie kondycjonujące, po co mi na przykład ekstrakt skrzypu wcierany w końcówki? Jedyne, co może zrobić, to je wysuszyć. ;) Takie działanie poprawiające wygląd, elastyczność i połysk to też pielęgnacja - otulony filmem włos trudniej zniszczyć, uszkodzić mechanicznie, a to przecież przekłada się na rzeczywisty stan włosów, nie tylko iluzoryczny.

    Produkt, który nakładam na długość włosów ma być: 1. skuteczny 2. tani (bo po co drogi?) 3. nietestowany na zwierzętach 4. ładnie pachnieć. Nie musi być 100% naturalny, piękny składowo, nawet nie musi mieć zachwycających recenzji.

    Taka analiza składów traktowana jak to ujęłaś, jak sztuka dla sztuki, prowadzi do totalnych absurdów. Kupiłam ostatnio dezodorant w sprayu. I co na nim napisane? Nie zawiera parabenów, nie zawiera barwników. Bo to takie modne i eko. Bo przecież wszystkie inne dezodoranty zawierają pierdylion barwników, bo przeciętna kobieta o niczym tak nie marzy, jak o tym, żeby mieć wiśniową, fioletową albo srebrną pachę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. " Takie działanie poprawiające wygląd, elastyczność i połysk to też pielęgnacja - otulony filmem włos trudniej zniszczyć, uszkodzić mechanicznie, a to przecież przekłada się na rzeczywisty stan włosów, nie tylko iluzoryczny." Heeej, racja! Very very much racja!

      Może wiśniowa pacha to nowa moda? Jak ja kocham wiśnię i bordo! Byłabym happy. A tak serio... cały czas zastanawiam się dlaczego kładziemy kolorowe ciapki na paznokcie, powieki i usta. Czemu nie stało się tak, że malujemy czoło albo czubek nosa? Albo brodę? :D

      Usuń
  2. bardzo mi sie podoba podejscie" stosuj to co sie u ciebie sprawdza". Faktycznie, napotkalam na swojej drodze produkty skladowo cudne a nie robiace niczego dobrego na wlosach i przecietniaki ktore dawaly super efekt. Opinie na kwc/blogach tez sa srednio miarodajne- na 5 pozytywnych znajdzie sie zazwyczaj tyle samo negatywow.Sklady czytam, sugeruje sie nimi o tyle ze produkty potencjalnie szkodliwe (alkohol wysoko w skladzie) eliminuje w pierwszym rzucie, reszte probuje. Moje wlosy i skalp to lubia wszystko ;) z twarza roznie, wiec uwazam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a wlasnie, jako przyklad mialam podac Wlosowelove i jej romans z head&shoulders i zachwyty nad rzepowym rypaczem :)

      Usuń
  3. Zgadzam się z tym, że składniki razem: jeden obok drugiego, znacząco działają inaczej niż dany składnik osobno sam w sobie,
    poza tym na każdego działa co innego, święta prawda,
    obiegowe opinie, że sls szkodzi, u mnie się kompletnie nie sprawdzają.
    A jak ktoś coś chce sprzedać, to jest w stanie przedstawić odpowiednie badania naukowe, że jego produkt jest najlepszy i jedyny w swoim rodzaju, a inni mają same buble,
    na tym się przemysł opiera, także i spożywczy, odbiegając od tematu, na temat odżywania też jest tyle sprzecznych opinii .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O właśnie. Jest jeszcze kwestia marketingu :>

      Usuń
  4. No właśnie osoby, które chelatowały włosy i jednocześnie podważały tę metodę miały gładkie, śliskie i nieporowate włosy. Po przetestowaniu stwierdzały, że to pic na wodę, bo nie zauważyły różnicy. Nie wzięły pod uwagę, że są też włosy suche, sztywne, szorstkie i porowate, na których z chęcią osadzają się minerały. Najważniejsze, że osoby o porowatych włosach zauważyły różnicę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też się z tego cieszę. Wszystkim nie wytłumaczę o co chodzi, ale cieszę się, kiedy widzę że dla wielu osób chelatowanie stało się stałym elementem pielęgnacji. I działa!! :)

      Usuń
  5. No i to jest zdrowe i mądre podejście! Wiadomo, że każdemu służy coś innego, a jeżeli coś świetnie działa, dlaczego ma być skreślone przez nienajlepszy skład? Owszem warto zwracać na niego uwagę, zwłaszcza na składniki, z którymi się nie lubimy, ale "średniaki" często są lepsze od tych zachwycających i bogatych składów. A co do różnych teorii, to nigdy sobie nimi nie zawracam głowy. Szampon + odżywka to zło? Aż śmiać się chce, niby na jakiej podstawie? ;p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nie? I naukowcy napisali o tym książkę. Książka, wydana, stoi w ksiągarni, jak coś jest napisane od razu wydaje się prawdą. A na poparcie - eksperymenty.
      Ale to przecież w ogóle nie jest tak. Gdyby było, zauważyłybyśmy to. Ale i tak... ktoś to napisał, ktoś podchwycił, teoria krąży.

      Usuń
  6. Patrze na sklady, ale po to, zeby unikac glownie wysuszajacych alkoholi, czy wlasnie zakupic maske odzywcza, badz kondycjonujaca. Wiele razy i u mnie bywalo tak, ze sklad niby kiepski, a produkt sprawdzil sie swietnie ;) Rownie czesto hity blogosfery, czy wizazu totalnie sie nie sprawdzily. Z czasem wylapalam, co moim wlosom sluzy, a co nie, wiec mimo wszystko staram sie wybierac produkty, ktorych jestem prawie pewna. Ze skalpem to oddzielna historyja, latwo go podraznic, wiec odkad znalazlam ulubienca szamponowego, staram sie nie kombinowac ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, nie ma jak włosomaniaczy staż i doświadczenie. Wtedy wiemy, że nieważne jak bogaty jest skład, ważne CO ma a nie ile. Na przykład wychwalany aloes i cudowne masło shea to dla mnie powody, żeby produktów nie kupować za żadną cenę. A juz im wyżej w składzie tym gorzej.

      Usuń
  7. Ja nie analizuję dokładnie składów, tylko sprawdzam na którym miejscu są interesujące mnie składniki. Zwłaszcza oleje, których często jest zdecydowanie mniej niż można się spodziewać. Denerwuje mnie jak są one za konserwantami czy zapachami. Albo gdy z przodu jest wielki napis "masło olej arganowy i granat" a po składzie widać, że więcej niż arganu jest masła shea. Wtedy przypomina się skecz Ani Mru Mru i "chłyt małketingowy". :p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chłyt małketingowy, tak! Zupka robiona w Radomiu a ten szczur co tam biegnie to kurczak :D

      Usuń
  8. Ja zawsze szukam tego, co się u mnie sprawdza. Nigdy nie rozumiałam nagonki na rysyjskie kosmetyki, gdzie dziewczyny przestały ufać ich składom bez względu na to, czy się u nich sprawdzały.

    Unikam alkoholi, bo wiem, że moja długość za nimi nie przepada I zbyt ziołowych składów jeśli kupuję produkty przeznaczone na długość :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To było takie smutne... Jak można nagle zostawić kilka działających idealnie kosmetyków tylko dlatego, że nie mają takich składów jakie miały mieć? (Co innego gdyby okazało się, że są pełne... nie wiem, czegoś typowo szkodliwego.) Sama się wściekłam kiedy okazało się, że NS zmieniła składy szamponów, ale nadal ich używam i są cudne! Pomimo dodania detergentu.

      Usuń
  9. Ja zwracam uwagę na skład, tylko jeśli zamierzam nałożyć odżywkę albo maskę na skalp ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Ja sprawdzam składy, żeby się upewnić, że ten składnik, co go kupuję, rzeczywiście tam JEST, a nie zawiera się w symbolicznej kropelce długo po zapachu. A do kupna inspirują mnie właśnie posty, ale te, które opisują działanie raczej niż skład. Ale nie przeszkadza mi, jeśli komuś coś nie pasuje, bo nie spotkałam jeszcze swej włosowej siostry.
    Analizuję właściwie tylko kosmetyki do włosów. Do ciała używam od dawna tylko Emolium (okej, teraz mam balsam Ziai Med i też się sprawdza, ale co się nadenerwowałam, czy przypadkiem sobie nie zaszkodzę, to moje), bo moja alergiczna skóra nie toleruje normalnych produktów, zwłaszcza tych kolorowych i pachnących. I dobrze, inaczej zachciałoby mi się wypróbować wszystkie, bo jest tyle możliwości ;)
    Aha, a Head&shoulders jest genialny i lubię go używać raz na jakiś czas, wiele lat używałam tylko tego. Jak głębsze oczyszczenie, peeling albo jakiekolwiek niezadowolenie, to tylko on ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. Uwielbiam długie, przekrojowe posty napisane piękną polszczyzną :) Świadomą pielęgnacją włosów zainteresowałam się jesienią 2011 ze względu na wzmożone wypadanie. Wtedy zaczęłam czytać blogi i bardzo powoli wprowadzać nowe produkty do włosów. Kupowałam te najbardziej polecane, które pomogły sporej ilości osób. Z czasem nabrałam doświadczenia i już wiem czego mogę oczekiwać od produktu. Nauczyłam się, po amatorsku, odczytywać składy i marketingowa magia na mnie nie działa. Po prostu, nie wydaję pieniędzy na kosmetyki w których szeroko reklamowane składniki znajdują się w ilościach homeopatycznych. Tu mam na myśli wiele kosmetyków z olejem arganowym.
    Czasami bywam mile zaskoczona, gdy słaba pod względem składu odżywka/ maska okazuje się być prawdziwym hitem na moich włosach.
    Cały czas poszerzam wiedzę i testuję nowe propozycje, co jest bardzo przyjemne. :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Ja ogólnie czytam składy i staram się wybierać te kosmetyki z dobrym składem ( w moim wypadku też tyczy się to żywności ), choć nie ukrywam że często ulegam reklamom i jeśli coś mi odpowiada, a nie ma jakiegoś mega, super dobrego składu to po prostu i tak to używam :)

    OdpowiedzUsuń
  13. A ja zastanawiam się w ogóle, w jakim procencie badania naukowe nad włosami i skórą można w ogóle nazwać wiarygodnymi. Patrząc po sobie: moja skóra wygląda inaczej zależnie od 1) dnia cyklu; 2) jakości wody w kranie; 3) kurzu (sporo podróżuję i przebywam w hotelach, w których stan wykładziny jest... hm... dobra, może nie będę się nad tym zastanawiać); 4) klimatu i wilgotności; 5) jakości snu, o ile w ogóle był itd. Oczywiście mój skin care regimen jest bardzo dobry, ale czasem myślę, że jego rola jest chyba bardziej ochronna / niwelująca działanie szkodliwych czynników niż bardzo aktywna. Włosami nie zajmuję się aż tak długo, ale już widzę, że sporo jest czynników, na które nie mam za bardzo wpływu, a moim zadaniem nie jest maniakalne kontrolowanie wszystkiego tylko raczej świadoma ochrona i dbałość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie tak. Ja też nie widze tego, żebym była w stanie zrobić co chcę z włosami, skórą... To raczej kontroa, drobne zmiany, ale nie jest tak, że kosmetykiem zmienię wszystko bardzo, i w tę stronę, w którą chcę.

      Usuń

Prześlij komentarz