środa, 30 listopada 2016

Listopadowa pielęgnacja włosów

Mycie
Eco Laboratories, szampon odżywczy

Odżywki do spłukiwania i maski (typ według działania)
Maska Ziaja Intensywna Odbudowa: Ceramidy (silikonowa)
Biovax Glamour Caviar (humektantowa) – skończona, zamieniona na:
Biovax Glamour Pearl (humektantowa)

Dodatkowo: rozcieńczona maska Kallos Cherry, do zmywania oleju

Zabezpieczanie i pielęgnacja końcówek
Ziaja, Satynowe serum wygładzające: kuracja olejkami arganowym i tsubaki

Odżywka b/s
olej jojoba

Olejowanie
ZSK Naturalny złoty olej jojoba
olej Alterra Limetka i Oliwa

Półprodukty, płukanki, dodatki do masek i odżywek
gliceryna (z wodą pod olej, 1:1) – nawilżanie

Suplementy i przyspieszanie porostu
Aktywne serum na porost włosów Babuszki Agafii (1. miesiąc 3. serii)

Skóra głowy (ŁZS)
Cerkogel 30
Emolium, Emulsja na suchą skórę głowy

Nowości
Tak jak wspominałam w październikowej pielęgnacji, zrobiłam sobie kolejny miesiąc bez nowości. I chociaż nie było tak cudownie jak latem, bo dopadł mnie kryzys, to brak nowości na pewno ułatwił opanowanie go.

Notatki
1. Wypadanie włosów: tak jak zapowiadałam w październiku, kiedy zauważyłam, że wypada mi niepokojąca ilość włosów, zaczęłam używać wcierki (Serum na porost włosów Babuszki Agafii), jeść lepiej, brać suplementy (akurat nie witaminę D i żelazo o których pisałam, a tran i magnez), wróciłam do jogi i picia dużych ilości wody. I sytuacja się unormowała. Nie wiem co dokładnie pomogło, ale w takich okolicznościach nie miałam zamiaru sprawdzać tych rzeczy pojedynczo. Zwłaszcza, że je wszystkie i tak zawsze stosowałam regularnie (suplementów nie brałam jeśli sprawdzałam jakąś nową metodę przyspieszania porostu, a do przyspieszania porostu właśnie nie zawsze stosowałam wcierkę bo czasem było to coś wewnętrznego.) W okolicach września i października przestałam, teraz po prostu do tego wróciłam. I niech tak zostanie. Widzę też, że moja skóra głowy potrzebuje wcierek, więc nie mogę robić od nich za długich przerw na rzecz czegoś wewnętrznego. Zresztą znane wcierki i metody wewnętrzne mogę spokojnie łączyć :)
2.Wysyp baby hairs: już na początku miesiąca zauważyłam nad czołem wyjątkowo dużo nowych włosków, które mają od centymetra do dwóch. Zapewne są zasługą drożdży, które piłam we wrześniu i październiku :)
3. Wspomniany kryzys doczekał się własnego wpisu. Walcząc ze spuszeniem i na końcówkach i na długości odkryłam, że moje włosy potrzebują nieco lżejszej pielęgnacji a końcówki dla odmiany większej uwagi. 

środa, 23 listopada 2016

Kryzys włosowy i rozwiązania

W listopadzie zaatakował mnie duży kryzys włosowy. Tym gorszy, że podwójny. Chodziło i o końcówki i o całość włosów. Końcówki wyglądały na rzadkie a długość była wyraźnie spuszona. Wszystko to przy najlepszej pielęgnacji jaką obecnie znam – takiej, która jeszcze niedawno sprawdzała się idealnie: włosy były nawilżone, gładkie i śliskie, a końcówki wyglądały dobrze. Poza tym, końcówki pod koniec października podcinałam. Teoretycznie wszystko powinno być dobrze, a dobrze nie było nic. Trudno mi było winić pogodę, bo ta najgorsza nie jest. Jest wilgotno, ale moje zazwyczaj spięte włosy na wilgoć nie reagują jakoś mocno. Nie była to też na pewno wina suchego powietrza w domu, bo nie mam włączonego grzejnika. Naszła mnie myśl, że skoro robię wszystko najlepiej jak się da a nie jest dobrze, to może po prostu nie będzie? Może przy tej długości moje włosy będą wyglądały źle więc muszę je ściąć i nie ma mowy o dalszym zapuszczaniu? Czarna rozpacz. Tak to jest, jak jakiś problem zbiega się w czasie z PMSem ;) (Serio. Wiem, że są kobiety, które są wtedy wściekłe. Ja jestem w rozpaczy. Już chyba wolałabym rzucać talerzami i krzyczeć ;))

Teorie miałam następujące:


Długość: Może moje włosy jako całość od pewnej długości – okolice 100 cm – będą wyglądały źle (spuszenie, widoczna suchość) bo są już po prostu… stare? Ostatecznie dorośnięcie do takiej długości to kwestia kilku lat. Dolne partie mogą być osłabione a więc wyglądać i układać się gorzej, a przez to źle ma się całość.

Końcówki: Może końcówki są znów rzadkie bo genetycznie większość włosów rośnie mi tylko mniej więcej za talię a większą długość osiąga tylko część i to tworzy efekt przerzedzenia? Albo może rok bez podcięcia to był błąd i końce się jednak zniszczyły? Tę druga opcję szybko odrzuciłam, bo naprawdę uważnie obserwowałam włosy, kilka razy w ciągu tego roku byłam gotowa do cięcia i gdyby była taka potrzeba, zrobiłabym to szybciej. Nie przeciągałam podcinania na siłę. Końce po prostu były tak długo w dobrym stanie. W momencie podcinania ostatnie kilka centymetrów potrzebowało odświeżenia więc całą tę partię ścięłam, po czym końcówki znów miały się całkowicie dobrze. Zniszczenie w tak krótkim czasie, od końca października, nie wchodziło w grę. Ale hipoteza z maksymalną genetyczną długością kończącą się w okolicach talii nadal była możliwa.


Rozważałam też znów serum, nauczona tym, że raz przez nieodpowiedni olejek do końcówek pozbyłam się kilku centymetrów. Po podcięciu okazało się, że to było po prostu spuszenie i nie trzeba było sięgać po maszynkę. Używam obecnie Satynowego serum wygładzającego: kuracja olejkami arganowym i tsubaki Ziai, które jest dla mnie dość nowe – to dopiero drugi miesiąc. Przyjrzałam się dokładnie temu, jak wpływa na końcówki. To nie ono powoduje problem.

Końcówki wyglądały tak, jak na zdjęciu poniżej. Zrobiłam je w lustrze i w sztucznym świetle, ale dość dobrze pokazuje to, o co chodzi. Końce zdają się być przezroczyste, z lewej strony jakby w ogóle ich nie było.


Zastanawiałam się co z tym wszystkim zrobić, jakakolwiek by nie była przyczyna. Potencjalne rozwiązania były takie:

Mogłam ściąć włosy do długości ponad linię przerzedzeń (to byłyby okolice talii) i pogodzić się z tym, że wymarzonych długich włosów nie będę miała. (Tylko że przy tej opcji najprawdopodobniej musiałabym też rozstać się z większością moich ozdób, bo włosy byłyby zdecydowanie za krótkie a koczki za małe żeby ich używać.)

Gdyby w jakiś sposób okazało się, że przerzedzenia są moją winą bo za długo czekałam ze ścięciem i końce zdążyły się zniszczyć a zniszczenia poszły w górę, mogłam ściąć włosy jeszcze raz do okolic talii tak jak zrobiłam to wiosną 2015 i zapuszczać od tego miejsca ponownie. Ale ta opcja wydawała się nieprawdopodobna. Wiedziałam, że podcięcia nie odsuwałam w czasie, to raz, a po drugie jak taka partia włosów (to jest naprawdę sporo centymetrów) mogłaby się tak mocno i tak szybko zniszczyć przy pielęgnacji i zabezpieczaniu? Zwłaszcza, że po ścięciu pod koniec października było świetnie?

Po trzecie mogłam dalej zapuszczać włosy i zobaczyć jak będzie wyglądała całość kiedy urośnie o około 12 centymetrów. (Tyle brakuje mi do celu.)

Rozwiązanie: długość

W kwestii długości, najpierw pomyślałam, że może włosom czegoś brakuje, choćby emolientów i fizycznego dociążenia, nakładałam więc kilka kropli oleju jojoba na mokre włosy jako odżywkę bez spłukiwania. Efekt? Widocznie większy puch. I to była dobra wskazówka. Przypomniała mi wyraźnie, że moje suche i wysokoporowate włosy nie znoszą nadmiaru w pielęgnacji i reagują na niego paradoksalnie suszą, matowością i spuszeniem. Potraktowałam więc cały ten problem jako oznakę nadmiaru a nie niedomiaru w pielęgnacji. Rozwiązanie było dość oczywiste: oczyszczanie. Ostatni raz oczyszczałam długość w lipcu. Pewnie w innej sytuacji wpadłabym na to wcześniej. Ale teraz połączenie spuszenia długości i problemu z końcówkami złożyło mi się w wizję pod tytułem “Wszystko jest żle, nie może być dobrze, muszę ściąć włosy bo najwyraźniej nie mogą być długie.” Pozwoliłam pianie z odżywczego szamponu Eco Laboratories spłynąć do końcówek, lekko ją wgniotłam i spłukałam. (To moje typowe łagodne oczyszczanie włosów.) Pomogło od razu. Włosy zrobiły się bardziej śliskie i gładkie.

Poza oczyszczaniem, zaczęłam krócej trzymać olej (godzina przed myciem), krócej wmasowywać maskę (połowa mojego typowego wprasowywania, czyli 25 razy na każdą połowę włosów a nie 50) i krócej trzymać ją na włosach (zamiast 15 minut, spłukuję ją od razu po wprasowaniu). I to też pomogło. Najwyraźniej moje włosy potrzebują teraz jeszcze lżejszej pielęgnacji. To już kolejny krok. Pierwszym było niewiele produktów na raz trzymanych dość krótko i zdecydowanie bez czepka. Teraz doszedł jeszcze krótszy czas ich trzymania.

Pilnuję też, żeby po umyciu włosów trzymać turban z koszulki maksymalnie 10 minut, bo dłuższe odsączanie wody też kończy się tym, że włosy po wyschnięciu są przesuszone i spuszone. 

Wszystko to pomogło. Poniższe zdjęcie zostało zrobione kilka dni później niż to wyżej, już po oczyszczaniu i paru myciach z krótszym trzymaniem produktów. Długość ma się lepiej. Końcówki też, ale o nich niżej.


To zdjęcie z kolei jest po tym samym myciu, co powyższe, tylko dzień później. Zostało zrobione w innym momencie dnia i w innym świetle, więc długość nie wygląda tak samo, ale za to widać, że końcówki z czasem się wygładziły.



Rozwiązanie: końcówki

Kiedy szukałam rozwiązania myślałam o tym problemie jako o przerzedzeniach, które wróciły. Kiedyś były wyraźne i zdecydowanie były to końcówki pamiętające prostownicę, suszarkę i plastikową szczotkę (zdjęcie z kwietnia 2015):


Olśniły mnie Kasia i Dorota które, kiedy o tym rozmawiałyśmy, napisały że mam spuszone końcówki. I to było to, słowo klucz. Zdałam sobie sprawę z tego, że to nie są przerzedzenia tylko spuszenie. Gdybym nie zaczęła od razu się martwić najczarniejszym scenariuszem, pewnie też bym na to wpadła. Mam świetny dowód, zdjęcie wszystkich końcówek zebranych razem po podcięciu z końca października:


Ze spuszeniem i przesuszeniem jakoś sobie poradzę. Jest to problem, ale nie taki jakim byłoby zniszczenie albo powrót przerzedzeń. To pierwsze oznaczałoby, że moje włosy w dolnych partiach są za słabe, żebym mogła je jeszcze zapuścić. To drugie znaczyłoby najprawdopodobniej, że genetycznie moja maksymalna długość włosów sięga okolic talii, a rosnąca dalej część pasm tworzy nieładny efekt. I w takiej sytuacji pewnie nie mogłabym zapuścić dobrze wyglądających włosów o długości klasycznej. A tak o tym marzę! :) Okazało się jednak, że nie jest tak źle. A przez jakiś czas byłam pewna, że jest. Te dwa problemy okazały się być osobnymi sprawami. Z długością już sobie poradziłam, końcówkami jeszcze muszę się zająć. Ale kiedy pojawiły się razem wyglądało to tak, jakby wszystko z moimi włosami było zupełnie nie tak: długość spuszona, końcówki rzadkie. I to bez wyraźnego powodu typu kosmetyk czy pogoda. Wychodziło na to, że to kwestia długości: że to przez długość włosów i ich wiek pojawiają się problemy. Nie jest tak. Zapisałam sobie to wszystko żeby przy następnym takim kryzysie wrócić do tego wpisu i przypomnieć sobie, że warto rozejrzeć się spokojnie za rozwiązaniami zanim uznam, że jest całkowicie źle i czas zmienić myślenie na smutną wersję “jednak nie będę miała wymarzonych włosów.” Teraz przez kilka dni byłam bliska tego nastawienia. Na szczęście wróciłam do spokojnego zapuszczania i pielęgnowania włosów z myślą, że niedługo osiągnę swój cel, to tylko kwestia czasu.

Kiedy o tym pomyślę, co jakiś czas mam takie problemy włosowe, na przykład z końcówkami, które naprawdę potrafią wyglądać tak, jakby ich prawie nie było, kiedy w rzeczywistości jest ich całkiem sporo (co pokazuje pierwsze i ostatnie zdjęcie w tym poście: to w lustrze i to z włosami zebranymi w przodu w kucyk). I zawsze odkrywam przyczynę i znajduję rozwiązanie. Zapisywanie tego wszystkiego bardzo mi pomaga :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...