poniedziałek, 6 lutego 2017

Loki na papilotach Efalock flex: styczeń 2017

Do kupienia tych papilotów przekonała mnie Sarah z kanału holistichabits (która swoją drogą ma jedne z najbardziej gęstych włosów jakie widziałam). Obejrzałam jej film o lokach na flexi rods i uznałam, że warto spróbować. Zaczęłam szukać papilotów podobnych do flexi rods. Najpierw poczytałam o nich na Amazonie, później dość łatwo znalazłam je na hairstore, gdzie nazywają się Efalock flex… i nawet mają te same kolory. Sarah ma szare (11/16 cala czyli 17 mm) i pomarańczowe (5/8 cala czyli 15 mm). W porównaniu do papilotów które można kupić na hairstore wygląda na to, że to nie ten sam produkt, bo szare papiloty Efalock mają 19 mm a pomarańczowe 17 mm. To różnica całego rozmiaru, bo one różnią się między sobą właśnie o 2 mm, w jednym przypadku skok pomiędzy rozmiarami to 3 mm. Wyglądało to tak, jakby Efalock flex były papilotami bardzo podobnymi do flexi rods, nawet kolejne rozmiary mają te same kolory, tylko same rozmiary są nieco inne.

Ja zamówiłam największe, fioletowe, opisane jako 21 mm. Z ciekawości je zmierzyłam… i mają wyraźnie 19 mm. Jeśli każdy rozmiar jest w rzeczywistości o tyle mniejszy od tego, co jest napisane na hairstore, to to są takie same papiloty co na Amazonie czy w filmie holistichabits. I może nawet to są dokładnie te same papiloty. W całym moim mierzeniu milimetrów nie chodzi o drobniutką różnicę w średnicy, tylko o ustalenie czy to ten sam produkt. I chyba właśnie tak jest. Myślę, że flexi rods to nie nazwa własna produktu, tylko nazwa typu produktu. I wszyscy producenci trzymają się jednego podziału na rozmiary i kolory. A może nawet to ten sam producent? Tylko inny dystrybutor – w Polsce właśnie firma Efalock, na przykład? Znalazłam jeszcze tak samo wyglądające papiloty (ten sam podział na kolory) marki Comair. Odkryłam też, że ten rodzaj papilotów można często w polskich sklepach znaleźć pod hasłem "papiloty gumowe."

Śledztwo przeprowadzone :) W każdym razie, moje fioletowe papiloty kosztowały 12 zł za 6 sztuk (w promocji z 16.50 zł), wzięłam 2 paczki, czyli w sumie 12 sztuk. Zastanawiałam się przez moment czy nie wziąć dwóch różnych rozmiarów, największego i o jeden mniejszego, ale uznałam, że różnicy w efekcie i tak nie będzie przy średnicy mniejszej o 2 mm.

Moje doświadczenia z papilotami sprzed lat to raczej łzy i nerwy. Używałam takich starych papilotów z gąbki z drucikiem w środku. Włosy bardzo wplątywały się w tę gąbkę, zaciskały się na druciku, czasem trzeba było wyciąć jakieś pasemko nie do odratowania. A efekty były średnie, bo przy szamotaninie zdejmowania papilotów włosy się mocno puszyły. Dlatego zachęciły mnie gładkie i dość twarde flexi rods. Wiedziałam, że na nich włosy nie zawiną się ciasno i nie powinny się plątać.

Kiedy ostatnio robiłam na włosach loki bez użycia ciepła metodą małych koczków, koczków wyszło osiem i loki były trochę za małe, przez co dość mocno się puszyły. Przy papilotach chciałam więc podzielić włosy na mniej części. Tylko że okazało się to niemożliwe, bo po nawinięciu grubszych sekcji włosy tworzyły grubą warstwę i papiloty nie chciały się zamknąć. Musiałyby być dłuższe ;) Dzieliłam włosy na jak największe partie, które jednocześnie pozwalały zawinąć końcówki papilotów. Wyszło ich… osiem. Przed nawijaniem podzieliłam włosy na górną i dolną część, zaczęłam zawijanie od dolnej (trzy papiloty) później rozpuściłam i zawinęłam górną (pięć papilotów). Przy robieniu koczków jest odwrotnie, nie dzielę włosów na warstwy, zaczynam zawijanie koczków od czubka głowy, schodząc w dół. Przy papilotach słusznie przewidziałam że całe przedsięwzięcie nie będzie proste i można ułatwić sobie nawijanie i rozdzielanie włosów dzieląc je na poziome warstwy i podpinając część z którą aktualnie nie pracuję.

Co do samego nawijania pasm na papiloty, po oddzieleniu włosów skręcałam je wokół własnej osi dość mocno, ale nie aż tak żeby zaczynały się “łamać” jak przy koczkach, nawijałam końcówkę na papilot kilka razy i kiedy była umocowana zaczynałam obracać papilotem nawijając włosy aż do nasady. Planowałam zrobić to inaczej – tak, jak nawija się często włosy na lokówkę, czyli przyłożyć papilot do nasady głowy i owijać wokół niego włosy, ale to kompletnie nie wyszło.

Zawijałam jak zwykle całkowicie suche włosy, wieczorem po myciu. Takie loki wychodzą u mnie najlepiej i trzymają się najdłużej. Spałam z papilotami, co w sumie nie było ani bardziej ani mniej wygodne niż moje koczki. I papiloty i koczki przy odrobinie kombinowania można ułożyć między głową a poduszką tak, żeby nie uwierały. Różnica jest taka, że koczki są ciaśniej nawinięte (więc źle ułożone potrafią ciagnąć skórę) i twarde, a papiloty są bardziej miękkie, ale za to większe.

Rozwijanie rano okazało się w sumie bezproblemowe. Pasma nie były wciśnięte w papiloty tak jak bywały wciśnięte w te stare z gąbki. Gładko, starannie zawinięte końcówki się nie plątały. Po rozwinięciu włosy wyglądały tak:


Rozdzielałam je ostrożnie i delikatnie. Każde pasmo przedzielałam w zasadzie jednym palcem na dwie połowy i to już wystarczyło. Ewentualnie później rozdzielałam jeszcze grubsze miejsca. Nie skończyło się szesnastoma wyraźnie osobnymi pasmami. Nauczyłam się przy lokach cierpliwości i tego, żeby najpierw rozczesywać każde pasmo dosłownie palcem na dwie części. Później zawsze można je dzielić dalej. A rozczesania każdego loczka na dziesięć drobnych pasemek, do stanu “jestem owcą,” cofnąć się nie da ;)

Efekt wygląda tak:


Loki zaczynają się niżej niż te po koczkach, ale nie na tyle nisko i nagle, żeby wyglądały sztucznie. Są też dużo mniej spuszone niż te ostatnie grudniowe, wtedy po prostu za mocno je rozczesałam.



Jedna rzecz mogłaby być poprawiona. Za mocno skręciłam włosy wokół osi przed zawinięciem na papiloty. Chciałam je skręcać bo bałam się, że jeśli tego nie zrobię, jeśli nawinę płaskie pasma, wyjdą mi płaskie, wiktoriańskie spiralki. Skręcone włosy trzymają się też razem, pasmo nie rozsypuje się na boki więc łatwiej się je nawija. Teraz wiem, że muszę skręcać je dużo luźniej, naprawdę minimalnie. I tak zrobię następnym razem. Przez to, że teraz za mocno skręciłam włosy, miejscami loki wyglądały na pogniecione. Na tym zdjęciu widać, że wysoko, tam, gdzie pasma nie były mocno skręcone wokół osi, loki są ładniejsze.



Chciałam Wam jeszcze pokazać papiloty po użyciu. Pogniotły się ;) Ten po prawej był używany, po lewej jest nowy. Przyjrzałam się im dokładnie, na szczęście to nie są pęknięcia tylko właśnie odgniecenia. Mam nadzieję, że papiloty się szybko nie zniszczą.


wtorek, 31 stycznia 2017

Styczniowa aktualizacja włosów: 103 cm

Z przyrostem włosów jest jak z kanapką spadającą niby zawsze masłem w dół ;) (Nie mogę nie dodać, że dżem jest znacznie gorszy a już najbardziej żal Nutelli ;)) Kanapki tak naprawdę spadają równie często masłem w dół co do góry, ale mamy tendencję do pamiętania tych gorszych wersji. Ja mam podobnie z przyrostem. Kiedy wydaje mi się, że włosy urosły, na pewno urosły i to dużo bo aż czuję – miara pokazuje coś przeciwnego. A bywa i odwrotnie, 2 cm w miesiące w których spodziewałam się kiepskiego wyniku.
A tak naprawdę moje przeczucia wcale nie działają zawsze przeciwnie. Tym razem czułam, że włosy nie urosły nic. I co? I miara pokazała zero. Nadal są 103 cm, 9 cm do celu. Styczeń był moim pierwszym miesiącem z Biotebalem. Kiepski start, ale jest jeszcze szansa, że działa i to pokaże.

Niedawno robiłam loki na papilotach (wyszły lepiej niż się spodziewałam, ale nie idealnie – będzie post :)) i włosy jeszcze są trochę suche, jak zawsze po szaleństwie zakręcania.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...